ZMIANA






od dziś jestem TU

rejdzmen 2008-07-30 13:25:57
skomentuj (0)
poison the well - the opposite of december... a season of separation
siema dzieciarnia. dzis po raz ostatni pomecze was notka muzyczna. ostatni raz, zanim... ale o tym jutro. i nie, nie chodzi ani o sesje, ani o depresje. anyway, zajrzyjcie jutro tak popoludniu.

mam nadzieje ze jednak ktos czyta co tu wypisuje jesli chodzi o dzwieki i obrazki. wiecie, mi to sie przydaje, bo dzieki temu np okazuje sie, ze moja recenzja wygrala w jakimstam rankingu (choc oczywiscie recenzja pisana "na powaznie" zajmuje dluzsza chwile niz blogowa, ale wlasnie dzieki blogaskowi - nie zajmuje to tez specjalnie duzo czasu). oczywiscie, nie chwalac sie. a czy Wam sie przydaje... nawet jesli nie to sorry, i tak bede was meczyl swa tworczoscia. bo to tez dobra forma wyzycia sie, tak to widze.

no wlasnie. niektorzy wyzywaja sie piszac, inni silujac sie, jeszcze inni masturbujac. a panowie z poison the well wyzywaja sie za pomoca muzyki. i slychac ze to wyzywaja sie nie koksiarze z nowego portu, a szargani skrajnymi emocjami wrazliwi panowie z ameryki. podmiot liryczny w tekstach cierpi, glownie przez milosc. dekadencja, rezygnacja, rozpacz... okej okej, musi pasc w koncu to slowo. EMOOOO.

jesli czytacie to dalej to dajcie mi wytlumaczyc, dlaczego mimo wszystko jest to fajna plyta.

1) bardziej w przypadku PTW mozemy mowic o tzw screamo. czyli, jak mozecie sie domyslec, krzyczana wersja emo. normalnych wokali tu jak na lekarstwo. no i przeklada sie to na muzyke - ciezkie w odbiorze, o przebojowosci mozna zapomniec. czyli - niby emo, ale jednak nie emo. szufladki to straszna rzecz,swoja droga

2) jesli ktos odroznia sunny day real estate od tokio hotel, a fugazi od fallout boya, to nie trzeba mu tlumaczyc, ze emo w swym pierwotnym zalozeniu nie byl zlym gatunkiem. oczywiscie dla cynikow zawsze takie wylewaznie zali w sztuce bedzie gownem i beka w jednym. tak samo jak ogolnie wylewanie zali publiczne przez kogokolwiek. (hahaha, tak, w tym momencie to autodiss) get a life, czlowieku. wiec nie martw sieee, usmiechnij sieee. no tak. tylko ze roznica miedzy kolega z blogaska a panami z poison the well jest taka, ze oni te zale potrafia przekuc w sztuke, ktora porusza i kruszy kosci swym ciezarem. cos dla zamularzy i fanow hardcore'a jednoczesnie. poza tym z jednej strony slychac w tej muzyce szczerosc, a nie plyniecie na fali popularnosci emo*. z drugiej strony - no na pewno w jakis sposob trza to wszystko brac w cudzyslow. bo jest to wielce mozliwe, ze na codzien panowie zazywaja nagminnie kapieli slonecznych**, a herbate popijaja z kubkow z kaczorem donaldem. sztuka to w koncu klamstwo, ktore pokazuje rzeczywistosc.

*fakty historyczne - plyta pochodzi z 1999, kiedy to jeszcze mlodziez nie rzucala sie tak hurtowo na tusz do rzes i czarny lakier do paznokci. oczywiscie zadni z poison the well protoplasci, choc na pewno plyta ta, debiutancka na dodatek, na pewno plasuje sie nie tylko w ich dyskografii, ale i w nurcie screamo/posthardcoreowym.

**wielce to mozliwe biorac pod uwage fakt, ze zaloga ta pochodzi z miami

PIESN DNIA: POISON THE WELL - Slice Paper Wrists

bardzo ladny refrenik, zdecydowanie najmelodyjniejszy. nic dziwnego ze to faworyt fanow ptw

no, to jeszcze poczytajcie o czym tu spiewa pan wokal i macie pelny obraz plyty

"When you read this /I will not be the same
I have let my true form show
this is my last/lost in all my guilt
for letting you fall / understand it wasn't me
but I can't dream without showing intentions
as I ask these questions/where were you
now I can't see through your eyes
I remember the day the sun went out
It halted all progression with all its beauty
it just sacrificed/we fell apart
Sincerely yours I've disowned you
Sincerely yours I've disowned us"
rejdzmen 2008-07-30 01:13:38
skomentuj (0)
Pneuma - Imponderabilia
elo, po długiej przerwie. cos ciut nowego sie dzieje, ale o tym kiedy indziej. na razie o tym, o czym mi sie najlatwej pisze, czyli o muzyce. tym razem ocenimi rzecz spreparowana przez znajome osoby, wiec nie bede bezlitostny w ocenie. zreszta, wcale nie ma takiej potrzeby.
znacie zespol Pneuma? oczywiscie ze znacie. bo goscili pare razy w Negatywie, poza tym chlopaki z 3miasta. no i takze poza granicami pomorskiego sa juz kojarzeni, zwlaszcza po wydaniu "Jeden" przez My Music. nie wiem czy chlopaki sa zadowoleni z dealu z wytwornia meza, w kazdym badz razie najnowsze wydawnictwo jest self-releasem. co mimo wszystko widac. choc nalezy docenic wlozone serce.
otoz najnowsze ow wydawnictwo to dvd. pierwsze w dlugiej karierze pneumy. a ze chlopaki na zywo miazdza i krusza kosci, to takie wydawnictwo bylo wrecz wskazane. mamy wiec wszystko co sklada sie na wizytowke zespolu - koncert, klipy i nieodzowne filmiki typu prywata.
jako wciaz mimo wszystko zaloga undergroundowe to pneuma zbyt wielu klipow sie nie dorobila. dlatego jednak glowne danie stanowi tu koncert. rzecz nakrecono w tamtym roku w ramach promujacej "Jeden" trasy, ktora objela takze Negatyw. koncert z dvd odbywa sie w jasle. ze gdzie? przyznaje, tez miejscowosci nie znam. ale wyglada na to, ze pneuma wychowala tam sobie niezla publike. z frekwencja problemow nie bylo. inna sprawa, ze byc moze zadecydowaly tez warunki koncertu. otoz sztuka odbywa sie w teatrze. kurtyny wprawdzie nie ma, jednak widac ze nie jest to zwykla sala koncertowa. nie ma to jednak wiekszego znaczenia, bo wszystko odbywa sie jak na normalnym koncercie. stagedivingi, kontakt z publika bezproblemowy... no tak, tylko ze my siedzimy przed telewizorem, wiec troszke oczekiwania inne. no i niestety nie do konca sie udalo przelozyc potege Pneumy na nosnik. oczywiscie, pod wzgledem wizualnym fajerwerkow nie ma, ale tego mozna bylo sie spodziewac. nie, aby panowie stali w miejscu, co to to zdecydowanie nie. po prostu "pulse" it ain't, jesli wiecie co mam na mysli. natomiast zawodzi dzwiek. tragedii nie ma, jednak chyba mialem wieksze oczekiwania... choc z drugiej strony - wierze ze ekipa (za rezyserie odpowiedzialny byl aberald giza, trojmiejski offowy rezyser od "towaru" chociazby) zrobila wszystko co w ich mocy bylo. i w mocy budzetu.
setlista? bez zaskoczen, przynajmniej dla tych co odwiedzaja ostatnie koncerty pneumy. "ta sama krew" highlightem koncertu. cieszy ze odpuscili sobie prezentowanie na zywo singlowego coveru "living on a prayer" i zamiast tego promuja znacznie bardziej adekwatne i kozackie "fuel" metalliki. oczywiscie numer ten konczy koncert rowniez i tu.
tyle jesli chodzi o koncert. videoklipow czas teraz. w liczbie szesciu. chronologicznie ulozone, progres ewidentnie widoczny. wprawdzie za "widzisz" z 2003 roku jest odpowiedzialny wspomniany aberald giza, jednak razi on banalnoscia wtretow fabularnych. okej, ja rozumiem, ze fani, ich emocje, niech maja swoje 5 minut w klipie. czasem zreszta mozna zrobic cos ciekawego w kategorii "klip z fanami", vide "nie było" sweet noise. no, tylko ze tam bylo wiecej pieniazkow, mozna bylo ich wykorzystaniem omamic widza. tutaj nie ma budzetu, nie ma pomyslu, nie ma co ogladac. ewentualnie ujecia zespolu. dla odmiany - numer sam jest fajny, ale o tym pozniej. nastepna rzecz pokazuje, ze jednak mozna cos ciekawego nakrecic nie dysponujac wielkim budzetem. "dom". zespol ukazany w lesie (dzungli?), kazdy z muzykow indywidualnie zmagajacy sie z natura. mila rzecz dla oka. nastepne dwa klipy to juz 2007 rok i czas "jeden". bardziej fachowe obrazki, ale... ciezko mowic tutaj o klipach promujacych album, bo to co zekranizowano to numery zupelnie niereprezentatywne dla "jeden". niestety trudno oprzec sie wrazeniu, ze decydujacy glos miala tutaj wytwornia szukajaca przeboju. no i niby spoko. "bez Ciebie" to sliczny, akustyczny numer, jakiego chyhba jeszcze pneuma nie miala. ale miejsce takich numerow jest wylacznie na plycie. gdzie idealnie sprawdzaja sie jako chwila na oddech po metalowym grzaniu. taki song smigajacy na wolnosci po mediach moze jednak spowodowac, ze starzy fani sie zniecheca (zwlaszcza jak zobacza banalny klip krecony w jakims pubie z kikutem &co. zgrywajacych amantow), a nowi wyrobia sobie mylne wrazenie o zespole. nie wiem czy w tym wypadku bilans zyskow i strat bylby korzystny.
podobnie w sumie rzecz sie ma z klipem do wspomnianego "living on a prayer". doceniam zajebiscie skrecony klip. niby fabularnie nic konkretnego, ale przesympatycznie sie oglada. ale o ile wieksza sile razenia mialoby to z "ta sama krwia". domyslam sie ze numer bon joviego podpasowal lirycznie. a i muzycznie wystarczylo go minimalnie podrasowac. minimum roboty, a jest hit. szkoda. wiem ze rynek polski wymagajacy jest, ale wole, jak to zespoly rzucaja temu rynkowi wyzwanie.
na koniec videografii dwie ciekawostki. dwie kooperacje z panem co sie Liber nazywa. that's right, ten sam co ficzuringuje meziowi w "aniele", "zeby nie bylo". ten co splodzil "suczki", a z doniem nuca o "skarbach". czyli generalnie nie mozna sie czegokolwiek dobrego spodziewac po takim osobniku. tymczasem efekt wspolpracy z pneuma w postaci numeru "towaru" (rzecz promujacca film "towar", wiec za kamera aberald g.) wyszedl wybornie. dobre jak chyba nigdy zwrotki libera w refrenie i pieprzniecie w refrenie. juz nie pamietam tak dobrej wspolpracy rapu z metalem na polskim gruncie. ten numer ma to cos, czego nie mial peja ze sweet noise - autentyczne polaczenie skladnikow, bez dominacji jednego gatunku nad drugim. brawo panowie.
szkoda ze rownie dobrze nie da sie ocenic klipu "juesej" projektu rio boss. tutaj wlasciwie zwierzecia zwanego pneuma prawie w ogole nie slychac. jest hiphop na zywych instrumentach. to dobrze. zle, ze jest to hiphop Libera na zywych instrumentach. o dziwo, tak jak zawsze tego pana cechowaly melodie jadace po najnizszych gustach, tak tutaj chcial chyba byc ambitny i wyszlo mu cos totalnie bez melodii. bez czegokolwiek. tylko klip dobry, tym razem fachowa robota grupy 13.
no i jeszcze, jak juz wspomnialem, sa tutaj filmiki zza kulis. z powstawania plyt "kokon" (mozna przez chwile ujrzec gebe litzy), "jeden" i z trasy. coz, moze przez to, ze nie sa to dla mnie gwiazdy z telewizora, to te prywatne filmiki autentycznie mnie rozbawily. slynny trojmiejski humor, powiew monty pythona z baltyckim posmakiem, hehe.

PIESN DNIA: PNEUMA - Widzisz
przyjemny numer. chociaz strasznie kojarzacy sie z Deafening Silence machine heada. zwazywszy na to, ze propozycja pneumy ogolnie silnie sie kojarzy z tym zespoolem, to mozna miec pewne watpliwosci, czy przypadkiem zbyt mocno sie nie nasluchali flynna i spolki. no, ale moze sie czepiam
rejdzmen 2008-07-29 02:21:16
skomentuj (0)
U2 3D
opowiem Wam o jeszcze jednej ciekawej muzycznej historii, ktora zaszla jakis czas temu. otoz z siostrzyczka w kinie bylem. na U2 3D. czyli jak mozna sie domyslec z samej nazwy, chodzi o zespol zwanego U2 w trojwymiarze. a konkretnie o koncert. nie w realu, a w kinie. ale dzieki okularkom widac trojwymiar. ostatni raz cos takiego ogladalem 10 lat temu w paryskim disneylandzie, gdzie pokaywano w ten sposob film z michaelem jacksonem. wiec nie za czesto mam stycznosc z tego typu rozrywka. wiec tym bardziej czuje sie podjarany. niewiele mi trzeba. ukochany zespol sprzedawany na nowo.
no tak, trzeba przyznac, ze U2 wiedza jak wykonczyc kieszen wielbicieli. albumy, reedycje, bajery, filmy... marketing jak sie patrzy. moze i muzycznie to juz zdecydowanie nie to co kiedys, ale HALO - wszystko to co nagrali do Achtung Baby to sprawy historyczne i trzeba byc niezlym ignorantem by twierdzic, ze U2 to nic nie znaczacy zespol. zreszta, bono i spolka dobrze wiedza, ze ich kapitalem, ktory trzyma przy nich wielbicieli przez tyle lat, to wlasnie stare dokonania. dlatego nie probuja na sile promowac nowych rzeczy. zreszta, i na nowych plytach zdarzaja im sie perelki, ktore bez wiekszych obiekcji fanow wlaczaja do repertuaru. jak "vertigo" czy "beautiful day", ktore zlozyly sie na poczatek koncertu. czy absolutnie cudowny "sometimes you can't make it on your own". film byl zreszta sklejany z materialow nakreconych podczas vertigo tour, promujacego ostatni album irlandczykow "how to dismantle an atomic bomb". wiec uslyszelismy jeszcze " love nad peace or else" i na samiutki koniec "yahweh". reszta to juz mniejsze czy wieksze hiciory. zreszta, setlista U2 3D bardzo przypomina ta z chorzowa 2005, wiec odzyly wspomnienia. kurewsko fajne wspomnienia. tak jak w chorzowie, na "trzeci ogien" polecial "new year's day". niestety, bez flagi. najbardziej zaangazowany fragment koncertu w postaci wiazanki "bullet the blue sky" i "sunday bloody sunday". tak jak w chorzowie, jest symbol COEXIST mlodozenca, perkusja na wybiegu, a nawet odpalanie przez bono jakichs sztuczni ogni or else. nastepnie nastepuje to, czego u nas, bardzo niestety, nie bylo. "miss sarajevo", gdzie bono udowadnia, ze nie tylko ma jedna z najoryginalniejszych barw glosu w muzyce popularnej, ale tez nieprzecietne mozliwosci. mozna czepiac sie chlopaka za sprawy okolomuzyczne, ale jego postaci jesli chodzi o sama muzyke bede bronic calym soba. no. dalej to juz jednak leca bardziej oczywiste hity. "pride (in the name of love)" (tysiace ludzi spiewajace "oooo", a ja mam lezke w oku, to sie dopiero nazywa skrzywiona wrazliwosc). "where the streets have no name", podobnie jak w chorzowie animacja z afrykanskimi flagami. i na koniec setu wlasciwego jedna z oficjalnie najpiekniejszych piesni milosnych w postaci "one". poczatek bisu bardzo znajomy. animacja przedstawiajaca jednorekiego jacka, gdzie zamiast owocow mamy ryje politykow. yep, it's "the fly". a zaraz potem nieoficjalnie, bo w opini nizej podpisanego, jedna z najpiekniejszych piesni milosnych w postaci "with or without you". i to juz koniec. ladne zakonczenie, jednak na jednym bisie zakonczyc sie nie moze, wiec, jak juz bylo wspomniane, impreze konczy "yahweh". czyli setlista prawidlowa - obowiazkowe pozycje plus przyjemne niespodzianki. muzyczna uczta plus show.
no wlasnie, a co z tym show? przeciez wlasnie po to nam sie pokazuje to w formacie 3D, by bylo bardziej widac to show. przeciez malo ktory zespol sie nadaje na tego typu prezentacje. kim gordon, chris cornell czy henry rollins raczej by sie nadawali, z calym szacunkiem i uwielbieniem wrecz dla ich muzyki. co innego bono. tak, to jest koles stworzony do tego, by wyciagac reke do kamery, ku uciesze calej sali z kolorowymi okularkami na nosach. jak niewiele trzeba gawiedzi. a moze poobserwujmy perkusiste? spoko, rzut kamery na larry'ego i czujemy sie, jakbysmy przysluchiwali mu sie stojac z boku. albo pozy the edge'a. uwaga, bo nam zeby gryfem wybije! tak, chlopaki sprostali wyzwaniu, jakie stawia format 3D. umieli wykorzystac jego mozliwosci. wyszedl wizualny majstersztyk.
kto nastepny wiec? obstawiam rolling stonesow. juz widze oczyma wyobrazni jaggera lizacego kamere, przy jednoczesnym doznawaniu zenskiej czesci publiki w kinie. i czesci meskiej.

PIESN DNIA: U2 - Sometimes You Can't Make It On Your Own
rejdzmen 2008-07-23 16:09:07
skomentuj (0)
Meshuggah & The Dillinger Escape Plan
opowiem wam szybciutko o koncercie, ktory rozpierdolil mnie miesiac temu. pozno wiec pisze, no ale stwierdzilem ze jednak musze o nim opowiedziec. a lepiej pozno niz wcale.
wiec koncert ten to byl taki urodzinowy prezent. the fact is, byl to pierwszy moj koncert w tym roku. tak teraz to u mnie wyglada. no ale nevermind. w kazdym badz razie w skladzie ja, winiak, jedras i jego bejbe uderzamy do warszawskiej progresji. browarowo w pkp, lekka nerowowka przed wyjazdem, ale dojezdzamy, a nawet docieramy pod progresje. duzo luda. wrecz zaskakujaco duzo. i tak jakos warszawsko. znajome geby muzykow mitch&mitch, riverside, blindead, fulcrum czy daymares. tak, na tym koncercie wrecz wypadalo byc. przebijamy sie do srodka. pierwsze co uderza po wejsciu to klimatyzacja. a konkretnie jej brak. szoku termicznego nie ma, bo na zewnatrz tez najchlodniej nie bylo, ale jednak juz w moim podeszlym wieku takie elementy przeszkadzaja. przynajmniej dopoki nie ma skupienia sie na muzyce. tutaj wiec najwiekszy diss leci w kierunku Progresji. poza tym widac, ze jest to mekka dla fanow muzyki alternatywnej. zwlaszcza tej spod znaku lucyfera i swarozyca. co nie musi byc wada. nie widzialbym tego koncertu w miejscu typu parlament - porownanie dobre, bo objetosciowo to tez wlasnie te klimaty.
dobrze, a teraz muzyka. ominal nas jedyny supporcik (bo M. i DEP. to raczej rownorzedne gwiazdy) w postaci Between The Buried And Me. ponoc niedobrze ze tak sie stalo. choc z tego co slyszalem przed koncertem to niespecjalnie ruszylo. zdania podzielone. z tego co widzialem jednak to przyjecie mieli dobre, wiec moze bedzie szansa sie zrehabilitowac. czekamy na pierwsza z gwiazd...
jak wspomniane bylo, szwedzi i amerykanie wystepuja na rownych prawach. ponoc tez w trakcie wspolnej trasy wymieniaja sie kolejnoscia wystepow. w warszawie padlo na to, ze meshuggah bedzie wystepowac pierwsza. co uwazam za lekka pomylke. a to dlatego, bikoz mialem wrazenie (wiecie, wystarczy popatrzec na koszulki ludzi, nie trzeba nawet wywiadow srodowiskowych robic), ze to szwedzi jednak wieksza publike zgarneli. co nie dziwi - po raz pierwszy w polsce (przy trzeciej wizycie DEP u nas, w tym drugiej w 2008 roku). no i jednak moim zdaniem bardziej to zasluzona kapela. staz dluzszy i czesciej jednak DEP sie porownuje do M, niz odwrotnie. zreszta, wrazenie moje okazalo sie sluszne - na dep bylo troszke luzniej pod scena. swoja droga, dawac 100 zlotych i opuszczac gwiazde wieczoru? dziwne. no ale okej.
mmmkay, teraz juz naprawde bedzie o muzyce. wiec jak wspomnialem - na pierwszy ogien poszla Meshuggah. zespol, na ktory i ja rowniez czekalem bardziej tego wieczoru. i zapewne bede nieobiekktywny, ale to wlasnie szwedzi moim zdaniem bardziej rozniesli progresje. choc wizualnie to przy szalencach z dep meshuggah zaprezentowala sie bardzo statecznie. wszyscy na swoich miejscach, skupieni na grze... zreszta czego mozna sie bylo innego spodziewac po kolesiach, ktorzy sylaby w tekstach podpasowuja pod rytm? Math metal niby to w koncu. choc przy solowkach gitarowych slychac bylo wieksza swobode. zreszta tez klamstwem byloby stwierdzenie, ze sluchalismy plyty odegranej w klubie. przede wszystkim plyta tak miazdzaco nie brzmi. przy pierwszych numerach mialem obawy, ze akustyk polegnie przy potedze szwedow. moze potem juz przestalem zwracac na to uwage, albo zrobilo sie zwyczajnie lepiej.
zreszta, nawet jesli bylo statycznie ze strony muzykow, to na pewno nie ze stron publiki. szalenstwo. w koncu musieli zostac docenieni i wreszcie wokalista kidman nawiazal dialog z publika. bez jakis wiekszych wycieczek personalnych, ale mysle ze dalo sie slyszec, ze im sie najzwyczajniej w swiecie sztuka podoba. ze jest nadspodziewanie dobrze.
setlista? oczywiscie promowanie ostatniego dlugograja obzen. przyznam szczerze, ze nie jestem jeszcze dobrze z ta plytka obeznany (heh, obzenany, smieszne co nie?), ale z tego co mi swita to grali m.in. combustion, electric red i pravun. no i singlowego hiciora - bleed - z kapitalnie przerazajaca koncowka. oczywiscie byly hiciory typu suffer in truth, future breed machine czy chyba najbardziej oczekiwany rational gaze. drugiego naj hiciora - new millenium cyanide christ - nie bylo niestety. zreszta, chaosphere ku memu niezawodoleniu potraktowany po macoszemy. wlasciwie tylko the mouth... moglismy uslyszec.
prawda jest jednak taka, ze dla kogos nieobeznanego w dyskografii maczugi, a kto byl w progresji tego dnia, taka wyliczanka moze sie wydawac smieszna. ze niby jakies konkretne numery zagrali? i w sumie osobnik ten bedzie ial racje. meshuggah to trans, nie melodie. suity, nie hity. co na koncercie - nawet pomimo iz byly przerwy miedzy numerami - bylo jeszcze bardziej podkreslone. nawet fakt, ze nie bylo specjalnie selektywnie, dzialal "na korzysc transu". i strasznie bolalo, gdy juz po godzinie zostalismyz  niego wyrwani, bez szansa na chocby paruminutowa powtorke... niemniej, koncert o znaczeniu i wartosci historycznej.
lekka przerwa i wychodza amerykancy z dillingera. z panami ostatnio sie widzielismy ostatni raz 3 lata temu w bardzo nietypowych okolicznosciach. support przed slipknotem mianowicie. nawet jesli sporo ludzi wtedy przyszlo specjalnie dla nich, to i tak jednak mozna powiedziec o lekkiej pomylce. co nie zmienia faktu, ze koncert byl wyjebany, nawet jesli ograniczony czasowo. w progresji jednak mielismy juz znacznie korzyystniejszwe warunki. chce sie powiedziec ze wreszcie, bo przeciez na metalmanii, choc nie bylem, tez zapewne ciezko mieli z rozwinieciem skrzydel.
maly klub, publika "wyspecjalizowana", mozna robic rozpierdol bez przeszkod. i zrobili. jesli ktos choc raz zetknal sie z muzyka dep wie, ze trudno taki material odegrac na siedzaco lub grajac i pijac piwo jednoczesnie. jednak tak na dobra sprawe dopiero na koncercie mozna przekonac sie o skali pojebanstwa tych kolesi. klasyczny motyw wioslowych - robienie hullahoop z gitar, nawet przy ryzyku wybicia komus zebow. wbieganie na wzmacniacze. absolutne mistrzostwo przy konczacym koncert Sunshine The Werewolf - wokalista zajebuje talerz perkusiscie, wbiega na sciane (wysoka) wzmacniaczy i zaczyna w ten talerz napierdalac. po czym rzuca paleczke w publike. nie zgadniecie kogo trafia i kto te paleczke zgarnia :) zrezta publika tez szaleje, zwlaszcza przy depowym "hicie" z miss machine - setting fire...
no wlasnie. zapewne fani "starego dillingera" czyli tego z okresu calculating infinity i okolic, albo koncert olali albo po wyjsciu mogli czuc sie rozczarowani. jeszcze bardziej niz po koncercie z 2005 roku. z CI mozna bylo doslyszec jedynie sugar coates sour i 43% burnt. malo, zdecydowanie za malo. oczywiscie przy promocji najnowszego albumu Ire Works, kontynuujacego kierunek z miss machine, na wysyp numerow z debiutu nie mozna bylo liczyc. przyznam szczerze, ze ja, pomimo iz dla mnie CI to rowniez pomnikowe dzielo, na taki stan rzeczy nie narzekam. bo lubie nowego depa. tak po prostu. rzeczy typu black bubblegum, ktory strasznie spowolnil koncert (dobrze ze unretrofied nie odegrali, choc to przyjemny numer), olewam i jaram sie panasonic youth czy fix your face, akceptujac fakt, ze panowie nie chca stac w miejscu. dopoki nagrywaja takie numery jak baby's first coffin to jestem na tak. swoja droga- skandaaaaaaaal, jak moglo tego numeru zabraknac?

reasumujac - jeden z koncertow zycia w kategorii metal. scisla czolowka. to jest wlasnie przyszlosc tego gatunku (no, przynajmniej jesli chodzi o to co jest obecne w mass mediach, bo o high on fire, minsku czy pig destroyerze tez wypadaloby w tym momencie pamietac).

PIESN DNIA: MESHUGGAH - Rational Gaze
rejdzmen 2008-07-22 17:37:18
skomentuj (0)
polska na euro 2008
no i co? miala byc nadzieja, a wyszedl najbardziej zenujacy mecz. jesli przegralismy z chorwacja B (bo tak bylo, choc pilkarze moga twierdzic inaczej), ktora zadnych oczekiwan w zwiazku z tym meczem nie miala, to moze i lepiej, ze zremisowalismy z austria? przynajniej nie bylibysmy swiadkami sromotnej porazki z chorwacja A.

dlaczego po raz trzeci duza impreza okazuje sie niewypalem? mniejszym niz mundiale w '06 i '02, ale jednak niewypalem? przeciez wg liczb wypadlismy nawet gorzej niz na tamtych imprezach - tam byly 3 punkty za jeden zwycieski mecz, teraz zremisowalismy z austria, ktora w rankingu fifa... austriaccy kibice mieli pomysl na petycje, by ich reprezentacje wycofac z mistrzostw by sie nie kompromitowala. moze powinnismy tez na taki pomysl wpasc, zamiast pierdolic trzy po trzy ze moze pokusimy sie nawet o medal.

bukmacherzy i scolari mieli racje. w sumie kazdy kto nie liczyl sie z nami mial racje. nie ma co zaslaniac sie tym, ze czesi tez odpadli a dzisiaj z turniejem pozegna sie francja lub wlochy. a moze nawet i obie te druzyny. odpadna kosztem Rumunii. RUMUNII.

ciekawe jakie bysmy baty dostali w tej "grupie smierci".

dlaczego rumuni moga, a my nie? lepsi pilkarze? lepsze uwarunkowania? brak pzpn?

wnioski malo odkrywcze, ale skoro to ostatni wpis w tym temacie to sie powtorze:

1) boruc powinien dostac virtuti militari
2) roger za to podwojne obywatelstwo

pomimo iz roger z chorwatami sie nie wyroznial, to mozna bylo to zrzucic na karb gorszego dnia. jeden slabszy mecz na 3. w porownaniu z reszta drwali to i tak niezly wynik.

coz, niestety ale takie imprezy pokazuja kto naprawde potrafi grac na swiatowym poziomie. okazuje sie ze poza wymienionymi wyzej panami to wlasciwie nikt, no moze poza smolarkiem, ktory w ej drugiej polowie z chorwacja pozwolil znow uwierzyc w jego mozliwosci. moze poza blaszczykowskim, ktor wierze ze moglby byc stawiany obok rogera i boruca, niestety poprzez karygodny blad leo nie mielismy okazji sie o tym przekonac. moze poza saganowskim, po ktorym nie oczekiwalem wiele, ale jednak pozytywnie mnie zaskoczyl, zwlaszcza wola walki. moze poza lewandowskim, ktory zagral slabiej, ale... stop. cos za duzo tych wyjatkow.

reszte tej wesolej gromadki mozna podzielic na trzy grupy. ci, ktorzy jeszcze nie graja na swiatowym poziomie, ci ktorzy juz nie graja na swiatowym poziomie i ci ktorzy nigdy nie beda grac na swiatowym poziomie. pogrupujmy wiec tych co najbardziej sie pokazali na tych mistrzostwach

kokoszka
piszczek
zahorski

krzynowek (do trzech razy sztuka)
lewandowski (choc cos mnie wstrzymuje przed calkowitym go skresleniem)
zurawski (face it raz na zawsze: to nie jest czlowiek, ktory moze byc kapitanem; trzeci turniej daje dupy)
bak (mimo wszystko najlepszy w obronie, co akurat swiadczy o dramatycznym poziomie tej formacji w reprezentacji; czas chyba jednak juz naprawde pozegnac sie z reprezentacja)
zewlakow (tez starszyzna plemienna, choc wiekszy moze z niego byc pozytek niz z baka)

wasilewski
dudka (z zastrzezeniem, ze gra w obronie wychodzi mu minimalnie lepiej niz w pomocy)
golanski
murawski
wawrzyniak
jop (ten czlowiek to juz w ogole absolutny dramat, pilkarskie zero)
lobodzinski (choc podobnie jak z lewandowskim - wstrzymalbym sie od skreslenia calkowitego)


najgorsze w tym wszystkim jest to, ze w kazdym innym kraju wyrzucono by selekcjonera za takie pomylki w powolaniach. tymczasem jesli leo mowi ze lepszych pilkarzy nie ma, to niestety prawdopodobnie ma racje. choc jakze kurwa chcialbym sie mylic.

niemniej powinny nastapic czystki w kadrze po tym turnieju. duze czystki. czystki totalne.
rejdzmen 2008-06-17 16:17:52
skomentuj (2)
dobre bo (o)polskie?
gosh, co za bzdury w telewizji ogladam. nigdy wiecej.

3 dzien opola wiec obejrzalem. i co fajnego? hmmmm, let's see...

ich troje? dramat
stachursky? niby beka, ale w sumie patrz wyzej
kasia cerekwicka? patrz wyzej
justyna steczkowska? patrz wyzej
janusz radek? kurewski wielki dramat
reszta byla nie dosc ze dramatyczna, to w ogole niezapamietywalna


piasecki i rewinski obizyli loty niestety.

wlasciwie to koniec tematu.

witku, aniu, gratuluje!

dzis o 20.00 przed telewizory. nadzieja sie tli.

PIESN DNIA:



kto by pomyslal, ze jeden z najlepszych polskich ejtisowych numerow powstanie w XXI wieku. i stworza go kolesie ktorzy niedawno uderzali w puchara, a wczesniej chuja kladli. niezbadane sa wyroki Boskie.
rejdzmen 2008-06-16 14:16:09
skomentuj (0)
euro opole
nudzi mi sie, wiec skomentuje pare rzeczy

1. euro 2008, polska-austria, face the facts:
a) strzelilismy gola ze spalonego
b) gdybysmy strzelili druga bramke zamiast grac od pewnego momentu na czas to nie byloby zaloby narodowej

nie zmienia to faktu, ze sedziowie nie powinni swoimi decyzjami zmieniac przesadzac o wyniku meczu. rzut karny w ostatniej minucie do takich decyzji nalezalo. i po co powtarzano rzut wolny?

nie lubie spiskowac, ale wciaz mi ta sprawa smierdzi.

bo po co vastic jeszcze (strzelec feralnego gola) wspomina na lamach gazet, ze analizowal zachowanie boruca podczas rzutow karnych? czyzby wiedzial, ze...

niby jest nadzieja, niby moze nawet i dobrze sie stalo, bo skoro chorwacja ma zapewnione 1 miejsce w grupie, to wystawi rezerwowy sklad. z kolei austriacy beda bardziej zdeterminowani by wygrac z niemcami, niz jakby juz wiedzieli, ze nie wyjda z grupy. ale to wszystko takie kurewsko matematyczne jest. nie lubie tak.

poza tym - kim my mamy wygrywac te mecze? euro 2008 znow bolesnie pokazalo - mamy druzyne. polska reprezentacja kolektywem stoi. ale to starcza, by wygrac eliminacje. na mistrzostwa dobrze byloby miec chociaz paru geniuszy i reszte rzemieslnikow. a my mamy paru genialnego boruca, paru dobrych pilkarzy, paru dobrych choc bez formy i drwali, ktorzy psuja cala robote pozostalych. ja doceniam ze dudka biega najwiecej ze wszystkich, ale co z tego, skoro z tego jego biegania nic nie wynika? choc niby to i tak lepsze od jopa, ktoremu nawet nie chcialo sie biegac.

jak to jest, ze scolari obstawia, ze w cwiercfinale bedzie gral albo z niemcami albo z austria? jak to jest, ze na zagranicznych zakladach polska zajmuje ostatnie miejsce, nawet za austria? gdzie jest ten "czarny kon", jakim miala byc reprezentacja polski? dlaczego zurawski pierdoli trzecia szanse blysniecia na miedzynarodowej arenie? dlaczego najlepszymi polskimi pilkarzami okazuja sie naturalizowany pare dni temu brazylijczyk i gracz niemieckiej druzyny? w czym lepsi sa rumuni, ktorzy maja szanse wyjsc z tzw grupy smierci. bo nie maja pzpn? bo wiecej u nich lekcji wuefu niz religii? bo przeciez nie uwierze, ze rodza sie u nich lepsi pilkarze. kurwa, w 40milionowym kraju nie rodza sie pilkarze na miare chocby nedveda?!

mialo byc jak nigdy, wyszlo jak zawsze. nawet jesli lepiej sie, mimo wszystko, zaprezentowalismy niz w 2002 i 2006. z niemcami 2 lata temu wygladalo to jak obrona czestochowy, teraz momentami gralismy jak rowny z rownym. chociaz ej, przez pierwsze pol godziny meczu z austria mialem deja vu. z austria, zajmujaca setne miejsce w rankingu fify.

niemniej, leo ma zostac. wierze ze w koncu znajdzie na kazda pozycjje po dwoch dobrych pilkarzy, tak jak to sobie wymarzyl. moze przez 2 lata bylo to niewykonalne. ale to w koncu on bal sie pozbyc drwali totalnych pokroju szymkowiaka, odkryl na nowo smolarka, odkryl blaszczykowskiego.... no wlasnie, co z tym blaszczykowskim?

give leo a chance. moze przemawia przeze mnie kurrapatriotyzm, ale obserwujac gre grekow mialem wrazenie, ze graja oni ten sam archaizm co my pare lat temu.

poza tym kibicuje portugalii jak zwykle. choc holandia pokazuje tak totalny futbol, ze niesprawiedliwoscia byloby, gdyby juz teraz nie obwolac ich mistrzami europy.


aha, obejrzalem dwa dni Opola muzycznego. masakra. nigdy nie widzialem tylu absolutnie zerowych piosenek w jednym miejscu. szkoda ze Saluminesia nie wygrala debiutow. mlynarski mial zajebiste piosenki. kasia glinka jest fajowa, don't ya think so? w kabaretonie brakowalo mi mumio i lowcow b, sympatycznie zaskoczyla neonowka, zazenowal kabaret pod wyrwigroszem i kon polski. zreszta, kabaret polski, no co to kurwa jest. mumio, kiedys Potem, lowcy b i momentami ani mru mru. koniec polskiego fajnego kabaretu.

PIESN DNIA: SALUMINESIA - Kocham Cię Życie

mlynarski w wersji indi srindi, elo!
rejdzmen 2008-06-15 16:10:33
skomentuj (0)
headup
przypuszczam ze malo kto to przeczyta. blog pare miechow temu dostal zawalu. obstawialem ze to juz bedzie zgon, wiec to co tu teraz pisze byc moze sa posmiertne podrygi. choc opcja typu powstanie z martwych jest dopuszczalna.

po co reanimowac trupa? bo brakowalo mi go? szczerze? nie do konca. nawet nie mialem glowy by myslec o nim. ale jakos tak mnie tchnelo, by cos tu skrobnac. bo moze kogos intersuje co tu sie dzieje. czy moze - co u mnie sie dzieje.

moglbym wpasc w emo monolog, moze nawet przyjebalbym takimi argumentami, ze ktos by uznal ze cos jest na rzeczy. ale nie. po to wlasnie tu pisze, by wlasnie powialo pozytywem. mesydz do swiata. mesydz do samego siebie.

ja, lukasz kozlowski, nie padne tak szybko.

proza zycia: pisze np prace magisterska. jeszcze, ale przynajmniej pisze.

niestety, negatywu i radia nie ma. cos za cos.

do uslyszenia. that's for sure
rejdzmen 2008-06-05 16:30:03
skomentuj (7)
wrapped around your finger
nie mialem w planach robienia emo-poetycko-zenujacej notki pozegnalnej. nie te czasy, nie te problemy. ale w zwiazku z tym, ze cos tam sie do mnie pisze z zapytaniem gdzie blog i w ogole, odpowiadam: dalszego funkcjonowania bloga na razie nie przewiduje. na razie kombinuje, jak sie podniesc. o dziwo, zwiazku ze studiami brak. jesli chcecie trzymac tak zwane kciuki, to milo mi bardzo.

poprowadze w sobote w Uchu tribute to seattle party, o czym mozecie przeczytac np na trojmiasto.pl. audycje radiowe i negatyw beda dalej funkcjonowaly. na razie. chhyba.

elo
rejdzmen 2008-04-02 23:49:21
skomentuj (1)
dla ciebie i ognia
wiocha troche zachwalac film w ktorym sie zagralo, co nie?

no ale:
jestem na ekranie przez moze minute, mowiac jedno zdanie. milo jednak ze ktos zauwazyl ze ten przystojniak w dresach to bylem ja, hehe. no i wiecie, historyczna pierwsza scena. w byc moze niedlugo historycznym filmie.


bo film chlopakom naprawde wyszedl. i zaskoczyl. bo totalnie nie spodziewalem sie takiego filmu. nie wiem jak tomek, ale mateusz to koles, ktory przeciez zawsze jaral sie produkcjami mainstreamowiymi. dobrymi, godnymi uwagi jak gwiezdne wojny, wladca pierscieni czy gladiator, ale jednak filmy dla mas. i w takim klimacie krecone byly tez poprzednie filmy. a tu nagle wyskakuje z filmem o klimacie wrecz lynchowskim.

nie kazdy zna fabule, wiec wyjasniam o co chodzi. glowny bohater, adam, pracuje jako dziennikarz w trojmiejskim brukowcu. praca wymaga od niego bycia kanalia, zerowania na nieszczesciach. ba, czasem generowania ich samemu. fajny bylby artykul o ksiedzu pedofilu? no to co za problem podlozyc "swinie"? tak tez robi nasz bohater. i tak sobie wiedzie szczesliwy zywot karierowicza, gdy nagle dostaje paczke ze zdjeciami jego dziewczyny. niby nic zdroznego, ale dziewczyna ow nie ma zadnego pojecia jak one mogly powstac, a
 paczka jest podpisana w lacinie "dla ciebie i ognia". a na tej przesylce sie nie skonczy.

fajna intryga? wierzcie, poprowadzona jest ona jeszcze lepiej, a puenta to juz w ogole masakra. nie przypominam sobie czegos takiego w polskim filmie. i moze nic dziwnego. to nie jest film inspirowany polskim kinem. widac ze nie ma dofinansowania instytutu sztuki filmowej, widac szacunek do budzetu filmu. widac chec zainteresowania widza filmem. tresc jest ciezka, ale forma lekka, nie ma problemu ze strawieniem jej. takiego kina trzeba nam.

oczywiscie idealnie nie jest. moznaby sie przyczepic do aktorstwa coponiektorych. choc michal cholka w glownej roli naprawde podolal. a nie byla to najlatwiejsza rola. ale skoro tak omawiamy rozne aspekty - technicznie film nie do wyjebania. nie przeszkadza nawet uzyta cyfrowka. muzyke to kazdy zachwala, wiec zachwalam i ja - geniusz w najczystszej postaci. autorstwa pana wasilewskiego, lidera zespolu Panika.

siada ten film na bani, mozna go analizowac i analzowac. naprawde, mega zaskoczenie. i wielki szacunek. mozna bez wstydu pokazywac w kinach.
rejdzmen 2008-03-25 12:51:59
skomentuj (3)
smolik
plyta dnia: smolik - smolik

wspominalismy ostatnio o kayaxie, jednym brylanciku w nim (Luc) i paru kiszkach typu kiljanski czy peszek. ale maja tam tez kolesia ktory rowniez do sympatycznych nalezy. andrzej smolik mu na imie. dobrze go znamy - kooperacja z nosowska czy wilkami, ale tez i solowe plyty. tutaj mowimy o trzeciej.

chlopak wyrobil sobie charakerystyczny sound. elektroniczny, ale cieply, czilautowy, zeby nie powiedziec melancholijny. wyrobil sobie tez patent na swoje plyty. wie ze, jak to spiewala nosowska w hey'u, "piosenka musi posiadac tekst". lub przynajmniej wokal. i chociaz na wczesniejszych plytach zdarzaly mu sie kawalki czysto instrumentalne, tak na trzeciej plycie mamy goscia w kazdym numerze. no wlasnie, goscia. smolik sam nie spiewa, ale od czego ma sie znajomosci w szoubizie. kogoz my tu nie mamy. sofa (w jednym numerze tez solowo kasia kurzawska), karolina kozak, marsija, victor davies, bogdan kondracki czy tez starzy dobrzy i znani znajomi: novika, mika i artur rojek. wlasciwie zadnych zaskakujacych interpretacji wokalnych nie ma. no chyba ze fani neumy i kobonga za takowe potraktuja "mruczenie" kondrackiego, chociaz przeciez tego kolesia juz dawno wchlonal swiat polskiego popu. swoja droga, numer z nim jest chyba najfajniejszy na plycie.

generalnie nie aby jakis przelomowy dla muzyki album. ale chyba najciekawszy w dorobku smolika, a przy okazji warto zapuscic w odtwarzaczu. nie tylko jako tlo.

PIESN DNIA: SMOLIK FEAT. KAROLINKA KOZAK & BOGDAN KONDRACKI - Time Take
rejdzmen 2008-03-24 10:42:40
skomentuj (0)
fake it
myslalem ze moze napisze cos o soundtracku do Twin Peaks, ale co kurde mozna o nim napisac? przeciez kazdy wie, ze to jest najlepszy soundtrack do czegokolwiek. angelo badalamenti rulezuje i tyle.

3/3 - pewien etap zamkniety. nomrlanie prawie ze nowy start. syf za soba, czas skupic sie totalnie na magisterce. ma ktos sprzedac tanio narkotyki?

szkoda tylko, ze z jednego psychicznego bagna wchodze w drugie. czyli nie moze byc idealnie jednak. niedobre kobiety, niedobre.

nic to. Wesolych Swiat Wam zycze, okej? na dowidzenia wkleje wam dwa klipy. muzyczny i filmowy.



jutro premiera tego filmu. w koncu jest. po dwoch latach. nowa produkcja WFKALINY, najlepszej niezaleznej ekipy filmowej w polnocnej czesci polski conajniej. "Dla Ciebie I Ognia". kino neptun, godz 17.00 lub 20.00. byc moze pojawie sie na ekranie przez okolo minute, wiec warto zobaczyc hehehe.
a tym sie jaram, bo lubie takie kozackie, proste rockowe numery.

skoro jestemy w temacie grunge, to 5 kwietnia prowadze afterparty na imprezie Tribute To Seattle w Uchu, wiec zapraszam. info tu : http://www.tributetoseattle2008.prv.pl/

PIESN DNIA: JULEE CRUISE - Falling

"Don't let yourself be hurt this time'
rejdzmen 2008-03-23 14:30:18
skomentuj (0)
płyta skirtotymiczna
płyta dnia: kanał audytywny - płyta skirtotymiczna

jak wiadomo, zwlaszcza w polsce ciezko trafic w duzych wytworniach na cos dobrego. nawet w takich sublabelach, zalozonych przez artystow chcacych dobrze. jak Kayax. jednak posrod kiszek mniejszych (maria peszek) i wiekszych (krzysztof kiljanski, kayah we wlasnej osobie) trafil sie tam jeden artysta conajmniej godny uwagi. a mowa o panu, co sie LUC zowie.

w kayaxie wydal on na razie jedna solowa plyte, jednak swoja przygode z muzyka zaczal znacznie wczesniej. my tu teraz bedziemy mowic o jego przelomowej plycie z 2004 roku, wydanej w MTJ. "płyta skurtotymiczna".

no wlasnie, ciezko powiedziec wlasciwie jak to jest z ta plyta. bo jest ona sygnowana nazwa kanal audytywny. a we wkladcy oprocz facjaty Luca mamy tez portrety takich oosbnmokow jak zgas, spaso, stenq czy bmf. tyle tylko ze to co LUC nagral pod wlasnym szyldem niczym sie niemal nie rozni od tego co wyczynial w KA. nie chcial wychodzic poza obrana konwencje czy to wlasnie on odpowiada w glownej mierze za charakter muzyki KA?

rzut okiem na creditsy i juz troszke wiecej wiadomo. autorstwo kazdeego niemal numeru - LUC. czasem jeszcze spaso. ale przyjrzyjmy sie tej liscie plac dluzej, bo naprawde sporo tutaj nazw instrumentow. no i nazwisk, czasem slawnych. przede wszystkim - "jest inna droga", pianino - leszek mozdzer. znow chlopak potwierdza swoja mega wszechstronnosc. ten koles chyba juz w kazdym gatunku probowal swoich sil. klasyka rocka (d. gilmour), black/death metal (behemoth), nowoczesny metal (lipali), reggae... no w kazdym badz razie jego udzial w tym kawalku wcale symbolicznym nie jest. jedziemy dalej. "gwiezdne galaktyki", na wokalu w tle dj patrisia z Husky. tyle slawnych nazwisk. a teraz popatrzmy jeszcze co za instrumentarium mamy w kawalkach. beatbox, wiolonczela, skrecze, gitara, sax, bass, trabka... najwazniejsze ze to wszystko slychac. ze aranzacje sa az geste od tej mnogosci instrumentow. a z drugiej strony - nie przytlaczaja. wszystkich tych dzwiekow uzyto z wyczuciem. aranzacyjny geniusz. muzyczny geniusz.

chociaz mozna byc ostroznym w tych superlatywach. kanal audytywny (czy w ogole tworczosc LUCa) to kapitalna wprawdzie i odkrywcza, ale jednak mieszanka roznych inspiracji. w jednym z kawalkow zreszta padaja nzzw: Shadow Guru Krush Master - mike i Coldcut. no i troszke juz wiecej wiadomo. dodalbym jeszcze, ze na pewno w mlodosci chlopaki musieli sie spotkac z tworczoscia Cypress Hill. a i na pewno ciezej byloby im, gdyyb pare lat wczesniej w polsce ognia psychorapu nie wzniecili kaliber 44 i 3-x-klan (zreszta, chyba nie przypadek ze pare lat pozniej LUC wejdzie w kolaboracje z Rahimem, ktory brylowal w drugim z tych skladow). jest to oczywiscie inne podejscie do psychorapu, bo tu muzyka ma wiecej z trip hopu czy jazzu nawet, ale efekt jest tak samo szalony jak na Księdze Tajemniczej. rowniez te inspiracje sa wyczuwalne w wokalizach. wolno sie snujace, ale jednoczesnie "polamane", z jezykowa ekwilibrystyka godna fokusa. plus barwa glosu bardzo kojarzaca sie ze wsponianym rahimem. zreszta czesto sie panu Lucowi zarzuca klasyczny przerost formy nad trescia. ze te zabawy jezykowe sa przykrywka dla totalnego braku przekazu. nieslusznie, ale nawet jesli - wole sluchac Luca niz ultra tresciwego Hemp Gru.

Fisz, OSTR, Paktofonika, Tede, Pezet/Noon, Abradab, Kanał Audytywny... wciaz za malo tych osobowosci w polskim hip hopie jednak

PIESN DNIA: KANAŁ AUDYTYWNY - Pokonuję Mile

"Mój świat to muzyka to mój Watykan
Tutaj oddycham tutaj dotyka mnie krytyka
Jej nie unikam jak mętlika
nie dam się zdeptać nie mam natury chodnika"

(Wielki Piątek, dzien bez kebaba. straszne, nigdy wiecej)
rejdzmen 2008-03-22 12:12:07
skomentuj (0)
piątek 13
plyta dnia: fiszemade - piątek 13

bracia waglewscy powrócili!

nie wiem czy w hiphopie jest chemia. oczywiscie taka miedzy muzykami, heh. w koncu to nie rock, to nie paru kolesi z instrumentami, wyczuwajacy siebie nawzajem i pod ten feeling wydobywajacy dzwieki ze swoich intrumentow. hip hop to przeciez podklad i nalozony na to rap. a jednak moim zdaniem braciom waglewskim wlasnie najlepiej z soba sie wspolpracuje. z calym szacunkiem dla muzykow, ale ani na projekt emade z ostrym, ani na fisza z envee jakos nie moglem sie zalapac. a jesli chodzi o tworzywo sztuczne, to ta konwencja najlepiej moim zdaniem wypalila na "3" (choc koncertowo byli, za przeproszeniem, nie do wyjebania). dlatego cieszy ze znow, po tych apru latach od trzeciego albumu, chlopaky znow sie skumali.

tym razem plyta sygnowana jest nazwa fiszemade. co to oznacza? to, ze ta plyta to wlasnie tylko i niemal wylacznie tych dwoch osobnikow. jest pare goscinnych wtretow w pojedynczych numerach: envee, pablo hudini, iza kowalewska. ale to wtrety minimalne. tylko producent i raper. yeah, dobrze kojarzycie. waglewscy wrocili do korzeni. ba, nawet nie wlasnych. ale do korzeni hiphopu. minimalizm podkladow i pokrywajacy je na niemal calej dlugosci rap fisza. dla niehiphopowego ucha czy sympatykow rozwoju waglewskich w kierunku tego, co zaprezentowali na trojce, ta plyta moglaby byc zawodem. moglaby. ale jesli ktos polubil waglewskich za to, co od poczatku stanowilo esensje ich tworczosci - czyli podklady emade i rap fisza - nie powinien byc zawiedziony. fisz wspina sie tu na wyzyny jako teksciarz. kapitalne porownania, rozwalajacy storytelling, koszacy flow - w kazdej dziedzinie fisz jest coraz blizej absolutu. refrenow tu niemalze brak. i dobrze. refreny moglyby rozwalic wszystko. refreny sa dla owala i meza.

hity? troche jest. "nie bo nie", czyli singiel, pomimo trafnych spostrzezen o szarej rzeczywistosci jakis taki optymistyczny w wymowie. "bla bla bla numer dwa" (najlepszy podklad!), opowiesc z cyklu "music is my extasy". "bestseller" o wiejskim podrywaczu... no, i jeszcze dodany jako bonus, kapitalny numer z featuringiem Ostrego. spotkanie na szczycie.

PIESN DNIA: FISZEMADE - Bla Bla Bla Numer Dwa

" Koledzy wypierdalają z kraju lecz nie na biwak
Znajomy wpycha mięso mielone w hamburgera
Drugi otwiera lombard
Ktoś myje gary, ale nie Gary Oldman"
rejdzmen 2008-03-21 11:38:14
skomentuj (0)
ghost world
film dnia: Ghost World

film ktory nie zmienia ci zycia, twojego swiatopogladu, twojego kierunku na zycie. przynajmniej ja pozostalem nienaruszony. ale oglada sie go wybornie, a przy tym i w formie i w tresci jest czyms znacznie wiecej niz popcornowa papka.

dwie swiezo upieczone absolwentki liceum (czy tam high school, jak to w hameryce mawiaja). dwie totalnie cyniczne, swiadomie alienujace sie typiari. w swiecie rojacym sie od pozerow, pajacow, debili i kretynek. ameryka, jaka znamy chociazby z "beavis & butthead" czy "daria". nazwy nieprzypadkowe, bo w koncu Ghost World to ekranizacja komiksu. a i glowne bohaterki to cos jakby daria razy dwa.

no i jest jeszcze seymor (steve buscemi, miszcz!!!). czlowiek przegiety zyciowo, freak pasjonujacy sie starymi winylami z bluesem. generalnie to dla spoleczenistwa - nieudacznik zyciowy. i tak pocaatkowo traktuja go nasze kolezanki, robiac mu tak zwanego psikuja typu "zadzwonimy, umowimy sie na randke i nie przyjdziemy". tyle ze tej bardziej glownej bohaterce - Enid - robi sie w pewnym momencie kolesia szkoda. bo, bedac sama totalnbym freakem, czuje z tego typu ludzmi bratnosc dusz. wiec najpierw jest zal, potem przyjazn, a na koncu...

niet, happy endu nie bedzie. bo film, ktory na poczatku sprawia wrazenie komedii amerykanskiej, gorzkiej ale jednak komedii, w pewnym momencie zmienia sie w dramat, by na koncu roztoczyc aure bajkowosci. final filmu do dowolnej interpretacji. ja jestem zauroczony.

o Steve Buscemi to wspomnielismy. ale mamy tu takze w roli darii 2, a wlasciwie becky, wtedy jeszcze malo znana scarlett johansson. bez makijazu, bez sztafazu. wcale nie wiem czy ona taka ladna. albo moze sie po prostu wyrobila, who knows. wiem jedno. glowna rola Enid w wykonaniu Thory Birch to mistrzostwo swiata. ona ma cynizm wypisany na twarzy. a przy okazji - jedna z najbardziej niesamowitych dup hollywoodu. ah.


a, szkoda Anthonyego Minghelli. "angielski pacjent", nawet jesli niezaslugujacy na miano 'najlepszego filmu roku", to byl spoko.

rejdzmen 2008-03-20 12:14:39
skomentuj (0)
Progressive Rage Live: Chiragra & Ścieżka Zdrowia
wiec tak:

najpierw wystapil zespol co sie Ścieżka Zdrowia zwie. punk rock. a konkretnie cos co chyba mozna nazwac street punkiem. krzykliwy, zdarty wokal, jednostajne tempa, brud i syf wylewajacy sie ze wzmacniaczy. nie bede ukrywal, ze takiej estetyki do konca nie kupuje. przypuszczam jednak, ze przed chlopakami jeszcze duzo pracy, by grac ten gatunek nie dlatego bo musza, ale dlatego ze lubia. tak jak disorient chociazby, ktory gra taka muze, ale z ewidentnym polotem. plusik za to za cover dezertera.

Chiragra to juz jednak bardziej uznana firma, grajaca juz te pare latek. z chlopakami widzialem sie ostatnio 2 lata temu przy okazji imprezy walentynkowej w klubie parlament. podejscia do grania nie zmienili, rozwinela sie za to technika i swiadomosc tego co chca powiedziec. a chca sie wyrazac w punk rocku, ktoremu nie brak obcych wtretow. jak ska chociazby.dobra gra instrumentow, troszke bardziej urozmaicony wokal niz w przypadku Ścieżki Zdrowia (choc tez bez przesady z tym urozmaiceniem). no i fajnie, ze darowali sobie coverowanie happysad. to juz wole chyba jednak coverowanie "białego misia" i "pszczólki mai". choc i tak najwciekawiej wypadl cover dżemu "wehikuł czas". przyspieszony beat, dzieki czemu numer zyskal zaskakujaco fajny groove. punk goes blues, no ciekawe ciekawe.

(2/3 - coraz blizej... yeaaaaah

tak, sniegu, padaaaaaaj! chce zimy w tym roku jak najdluzej! tak do czerwca jakos

niby dobrze jest jak jest, ale... faworki, tak troszke wciaz. ale chuj, niewazne, nie obchodzi mnie to.)
rejdzmen 2008-03-19 11:39:01
skomentuj (0)
the opposite from within
plyta dnia: caliban - the opposite from within

z paru wzgledow, m.in. wczorajszego komentarza wokalisty schizmy, postanowilem dzis na tapete wziac sprzedawczykow z Calibana i ich najlepiej sprzedajna plyte.

no dobra, zarty na bok. generalnie juz teraz to co sie dzieje w gatunku zwanym metalcore najzwyczajniej przeraza. totalny przesyt, coraz wiecej xero kapel, coraz bardziej kuriozalne efekty wpasowywania sie w gatunek. przypuszczam ze juz naprawde niedlugo swiat bedzie mial z tego gatunku taka sama polewke jak z nu metalu. zreszta podobienstw mozna doszukac sie wiecej. to co na poczatku mialo byc laczeniem hardcore'a z metalem, teraz kojarzy sie z metalowymi piardo-wyziewami z piekla przeplatane zniewiescialymi zaspiewami w refrenach. i co gorsza, probuje sie to jeszcze sprzedawac pod plaszczykiem niezaleznosci, bezkompromisowosci i, o zgrozo, ideologicznego zaangazowania. a w nu metalu przeciez od poczatku chodzilo, by przy mieszaniu metalu z groovem trzepac ostry hajs, co nie.

jak jednak w kazdym gatunku, sa zespoly lepsze i gorsze, plyty fajniejsze i chujowsze. niemiecki caliban i TOFW sa po jasniejszej strony mocy.

choc prekursorami tak na dobra sprawe nie sa. przynajmniej jesli patrzac z masowego punktu widzenia. to killswitch engage prowadzil takie granie na swiatowe salony. caliban tylko otworzyl im drzwi w europejskiej czesci swiata.

niby nic tutaj odkrywczego nie ma (przynajmniej z perspektywy roku 2008). hardcore'owe tempa, "szwedzka" praca gitar (producencki szlif wokalisty in flames dopelnia obrazu), blackowy niemal krzyk pana wokalisty i melodyjne spiewy w refrenach. choc akurat nie w kazdym numerze mamy czyste wokale. i dobrze. latwiej idzie docenic te linie melodyczne, ktore sa. a brzmia szczerze. nie powstalych z wyrachowania i cisnienia na radio. zreszta, nawet jesli nie jest to prawda, bo w koncu nie siedze kolesiom w ich mozgach, to co z tego. te melodie sa po prostu chwytliwe, a chyba o to wlasnie chodzi w melodiach, czy nie? przy okazji maja sens w jesli chodzi o strukture kompozycji. czasem sluchajac wynalazkow z gatunku MC mam wrazenie, ze w zwrotkach slysze napierdalanie dla szatana i scenowych maniakow, a potem w refrenie sobie kolesie przypominaja, ze wytwornia chciala przeboj, wiec zapodaja melodie rodem z backstreet boys czy kelly family, ktorych katowali jeszcze w podstawowce. z Calibanem takiego problemu nie ma. a ze to wszystko jeszcze okraszone totalnie emo tekstami? kurcze, no a kto dzis nie jest emo, okej?

kto wie, moze to wlasnie dlatego, ze nie graja oni od wczoraj? moze dzieki temu, ze wczesniej byli bohaterami sceny hardcore grajacy po squotach, tak dobrze wypadli w tym melodyjniejszym graniu? wielu im do dzis nie moze wybaczyc porzucenia idealow, flirtu z popem i przymilania sie do roadrunnera. i chyba rzeczywiscie koniec koncow moga sie obudzic z raczkami w nocniku - nowym plytom coraz blizej do epigonow, a roadrunner wyniucha niedlugo nowy trend i oleje calibanow. ale jesli porzucic caly ten pesymistyczny kontekst, to naprawde The Opposite to plyta wyborna. jesli bylby to jednorazowy experyment, proba zmierzenia sie z melodia, to nie moznaby oceniac tego albumu inaczej niz w superlatowach. ba, dla mnie nawet oslawionym kilswitchom nie udalo sie do dzis nagrac tak zabojczej plyty jak TOFW.

PIESN DNIA: CALIBAN - Goodbye

oj, sluchalo sie swego czasu na repeacie, sluchalo.


"I stand alone with my thoughts
On a crossway to neverwhere
Every end shows your tender face "
rejdzmen 2008-03-18 02:16:17
skomentuj (0)
kings never die show
brakowalo mi takiego koncertu. takich dzwiekow. hard core, panie, hard core.

to byl pierwszy koncert organizowany przez ekipe studia tatuazu pandemonium studio. i licze nie tylko chyba ja na to, ze nie ostatni.

organizacyjnie - usterek nie dostrzeglem. wiekszych obsow nie bylo, miasto bylo wrecz zajebane plakatami, na dodatek jesli ktos lubi gadzety to ekipa skutecznie go kusila. dla pierwszych osob red bulle, znizki na kolczyki w tatuazu, koszulki itepe itede. dla haterow to wiocha, ale skoro maja mozliwosc podzielenia sie takimi giftami, to czemu by nie? nikt tutaj nie udawal, ze to jest DIY HC koncert. muzycznie przeciez tez nie bylo do konca hc.

no wlasnie, muzyka. tutaj bylo najwiecej kontrowersji. zwlaszcza w kwestii supportow. bo zamiast, jak to sie zazwyczaj spotyka na tego typu eventach, kapel z kregow hc/punk, zaproszona kepele parajace sie tzw nowoczesnym metalem. choc na poczatku nie bylem pozytywnie do tego pomyslu nastawiony, to teraz stwierdzam, ze byl to zajebisty pomysl. jak juz bylo wspomniane - to nie byl pod wzgledem ideologicznym hc/punk/diy/whatever. dlaczego wiec mieliby zapraszac kapele z tych rejonow, ktore graja od paru miechow, pod wzgledem technicznym i merytorycznym nie da sie tego w zaden sposob sluchac z przyjemnoscia, ale "ratuja" ich zaangazowane teksty? niech takie kapele prezentuja sie na ideologicznie poprawnych koncertach, nie mam nic przeciwko. ciesze sie jednak, ze ktos sie wylamal i za kryterium doboru zespol wybral jakosc, a nie ideolo. mozna krytykowac muzyke SAINC i Line-In 01, ale nie mozna im odmowic tego, ze grac potrafia i potrafia dac dobre wystepy. co potwierdzili wczoraj.

chociaz mega skupiony na wystepach nie bylem. zaskoczyl mnie znow sklad SAINC. to ze ravena na drugiej gitarce nie ma, zdazylem sie dowiedziec. zaskoczylo mnie jednak to, ze nie maja zastepstwa i wszystko teraz opiera sie na jednej gitarce. zaskoczyl mnie tez brak wokalisty. czyli znow swierszczu nie tylko na basie ale i na wokalu. i ja sie tam ciesze. bo chlopak glosu zlego nie ma, a przy tym charyzme ma stukrotnie wieksza. troszke brakuje drugiej gitary, ale mam nadzieje ze chlopaki wiedza o tym i cos wymysla. anyway, dobry koncert.

Lajn Iny tradycyjnie. ciezko cos zarzucic. to nie byla ich publika i nawet jesli nikt nie wygwizdywal, to jakiegos mega entuzjazmu nie wywolali. ale mimo to schodzili ze sceny z tarcza. poza tym mogli zdobyc plusa u niektorych za cover refused, ktorego prezentacja niesytety mnie ominela. bo moze i chlopaki wyrazaja siebie poprzez dzwieki, ktore moga troszke tracic myszka. ale daleko im do kolesi z coponiektorych muzycznych kapel, ktorych erudycja muzyczna ogranicza sie do korna i deftonesow, zachaczajaca jeszcze o crazy town i linkin park.

brawo pandemonium za odwage w doborze kapel. nie rezygnujcie z tego kierunku. nie mialbym nic przeciwko, gdyby przy nastepnej okazji zobaczyc np Fulcrum czy Kriegseisen.

a Schizma? nie widzialem ich juz od uohoho, a nawet dluzej. ale jakos bardzo sie chlopaki nie zmienili jesli chodzi o materie dzwiekowa (bo przeciez flirt z metalem juz mialem okazje widziec u nich na wczesniejszych koncertach). okolicznosci za to wciaz sie zmieniaja. dostaja chlopaki baty za to, ze wychodza do ludzi, zeby nie powiedziec, tfu, do mainstreamu. wystepy na woodstocku i hunterfescie, dzielenie sceny z reprezentantami nie tylko hc/punk... a mi to nie przeszkadza, wrecz rozumiem. bo ile mozna grac dla tej samej ekipy towarzyskiej? w pewnym momencie dochodzi sie do kranca mozliwosci, apogeum, sciany za ktora nic juz nie ma. wiecej fanow wsrod hc maniakow niz miala schizma czy sunrise nie mozna miec, wiecej plyt sprzedawac, wiecej ludzi gromadzic na koncertach. sunrise wolal sie rozwiazac, schizma zdecydowal sie opuscic hardcorowy padolek i "ruszyc w swiat". hatebreed koncertuje z kornem, ale gra taki sam kopiacy w dupe hardkor. krzywdzace byloby nazwac schizme polskim hatebreedem, ale nie da sie ukryc, ze status maja podobny. i podobnie jak hatebreed, zdrady muzycznej nie ma, nawet jesli sa modyfikacje. zreszta - zabawa na koncercie wskazuje na to, ze przynajmniej na ta godzine wszyscy mieli w dupie podzialy, zdrady i inne pierdoly. jeden wielki, nieskrepowany mosh. miazga. i tyle. swietny koncert, kazdy chyba wychodzil z Negatywu zadowolony.

no, a ja se tam niby cos pogralem na afterparty. niedziela nie sprzyja zabawom, wynoszenie sprzetu tez znacznie utrudnialo ruch na parkiecie, ale nie bylo zle. ktos tam sie gibal, troche luda sluchalo w drugiej sali. materialne zadoscuczynienie za poprowadzenie imprezy tez nie bedzie zle, wiec jak tu narzekac?

PIESN DNIA: SCHIZMA - All But Hearts

klasyk. tylko nie skumalem zapowiedzi. "hard core jest tutaj, a nie w katowickim Spodku". aluzja to do kogo, Calibana? a na woodstocku jest hard core?
rejdzmen 2008-03-17 11:25:28
skomentuj (14)
the beekeeper
plyta dnia: tori amos - the beekeeper

lubie te charakterne panieneczki, od lat podazajace wlasna droga. songwriterki, ktore zachwycaja glosem, muzyka i osobowoscia. bjork, nosowska, fiona apple... i tori amos.

tutaj akurat omawiamy plytke z 2005 roku. ostatnio tori wydala nowy album, "american doll pose', niestety nie nalezacy do najsilniejszych w jej dyskografii. i chociaz powolutku sie przekonuje do "the beekeeper", to nie ma co ukrywac - ta plyta tez nigdy nie bedzie uznawana za jej opus magnum.

jest to druga plyta wydana dla Sony records. czy ma to znaczenie? niby nie, ale dziwnym przypadkiem zmiana wytworni pociagnela za soba lekka zmiane wizerunku. niby wszystko jest w porzadku - jedyny w swoim rodzaju glos tori, pianino, delikatnie zaznaczajaca swoja obecnosc sekcja rytmiczna. ale... brakuje mi w tym wszystkim rockowego pazura. brakuje mi tekstow, wstrzasajacych i trzepiacych po bani. brakuje mi tori, poetki wsrod rockmanow. przyjazniacej sie z maynardem keenanem, spiewajacej z trentem reznorem i coverujacej slayera. juz poprzedni album, "scarlet's walk" niepokoil. muzycznie bylo cudnie, ale zawartosc digipacka mogla wystraszyc. naklejki, breloczki i tego typu pierdoly. marketing nacelowany na nastoletnie dziewczyny, "troszke ambitniejsze" od rowiesniczek sluchajacych rihanny lub nirvany? "the beekeeper" ten niepokoj poglebia. bo ma sie wrazenie, jakby ta kampania marketingowa wdarla sie do samej muzyki. przyjemnie, przyjemnie, ultra przyjemnie jest w tych piosenkach. nawet jesli jest emocjonalniej w paru momentach to i tak jest przyjemnie. a przeciez muzyka tori dostarczala nie tylko czystej przyjemnosci. to byly takze wzruszenia, poruszenia, niepokoje, czasem bylo nawet wstrzasajaco, zwlaszcza w okresie "me and a gun". ja rozumiem, ze teraz pani amos jest szczesliwa, ciesze sie jej szczesciem. nie zycze jej zle, ale niestety okazuje sie, ze to szczescie w artystycznym kontekscie jej nie sluzy.

jestem mimo wszystko polubic ten nowy kierunek, bo np "scarlet's walk" jest jednym z moich naj albumow pani tori. ale kurcze jego mac, 19 numerow, 79 minut muzyki. a tym ciezsza to dawka do strawienia, gdy material do najbardziej przebojowych i chwytliwych nie nalezy.

szkoda ze wrazenie jest takie, ze to co wyszlo najlepiej na tym albumie, to zdjecia Tori. uhhhhh. tylko nosowska moze z nia konkurowac.

"tylko wiarygodny jest artysta glodny" spiewal kazik. fakt, ze na "american doll pose" tori wziela sie za krytyke ameryki moze rzeczywiscie swiadczyc o tym, ze sama wie, ze ciezko przelozyc szczescie prywatne na fajne piosenki. nie jest zle na "the beekeeper", ale nie bede jakos mega czesto do tej plyty wracal, tak mnie sie wydaje.

PIESN DNIA: TORI AMOS FEAT. DAMIEN RICE - The Power Of Orange Knickers

bjork bierze sobie antony'ego, tori wiec zaprasza damiena rice. ale gdzie tam temu zamularzowi do antony'ego. niemniej, spoko numer.

" Shame shame time to leave me now
Shame shame you've had your fun
Shame shame for letting me think that I would be the one"

rejdzmen 2008-03-16 11:02:56
skomentuj (0)
słoń
film dnia: Słoń

a wczoraj to sobie tak dla odprezenia od roznych robotek magistersko-domowych obejrzalem wlasnie film o takim tytule.

Gus Van Sant to dsyc nierowny rezyser. albo potrafi nakrecic arcydziela typu "good will hunting", "za wszelka cene" czy "moje prywatne idaho", albo totalne kupy jak "psychol" czy "finding forrester". jego filmy nie sa moze jakies ultracharakterystyczne, ale przewijajacym sie motywem jest mlodziez, wchodzenie w doroslosc, konfrontacja z problemami czasem zupelnie nie majacymi nic wspolnego z "tradycyjnymi problemami nastolatkow". jesli wiec ktos mial zekranizowac tragedie, w ktorej idylliczna, niezagrozona brutalnoscia i bezsensownoscia smierci mlodosc zostala bestialsko pogwalcona, to van sant byl naprawde dobrym wyborem.

oczywiscie tragedia o ktorej mowa to masakra w columbine high school, podczas ktorej dwoch nastolatkow postanowilo zabawic sie w dooma czy inny duke nukem, wtargajac do szkoly z bronia palna i strzelajac do wszystkich ktorzy popadli. 13 osob zabitych, dwa razy tyle osob rannych, trauma calej reszty na cale zycie i niekonczaca sie dyskusja na temat brutalnych gier, muzyki inspirujacej do takich czynow i dostepu do broni.

intrygujace, jak w tym filmie malo odautorskiego komentarza. zupelne przeciwienstwo mowiacych o tej samej tragedii "Zabaw z bronia" Michaela Moore'a, ktory byl jednym wielkim manifestem pogladow, z licznym naginaniem faktow. tu nie ma prawie wcale zadnych komentarzy, bo nie ma prawie wcale dialogow. no i w sumie to nie dziwi. bo o czym maja mowic glowni bohaterowie tego filmu, ktorzy zyja nauka, kompleksami, imprezami i zakupami? o czym nadzwyczajnym maja mowic, skoro ten dzien dla nich byl totalnie zwyczajnym dniem? "zaprzyjazniamy" sie z nimi wiec nie poprzez wysluchiwanie ich pogladow, a nienaturalnie dlugie ujecia z nimi w roli glownej. na poczatku zaskakuje i irytuje, gdy kamera przez pare minut podaza za jednym z uczniow, ale potem sie przyzwyczajamy. i nie dziwimy. nic nie mowia nadzwyczajnego, nic nie robia nadzwyczajnego. inaczej sie nie da pokazac zwyczajnosci (do pewnego momentu) tego feralnego dnia.

od rezysera tej klasy co van sant nie spodziewalem sie stereotypowosci rodem z reklamowek LPR. nie mamy wiec dwoch psycholi sluchajacych marilyn mansona i z pentagrami na scianach pokojow. zamiast tego jednego z nich widzimy, gdy dreczony jest przez kolegow ze szkoly. wraca do domu, by "wyladowac sie" grajac na fortepianie "dla elizy". na scianach widzimy obrazy. zaskoczenie? nie. gdy w tiwi leci film o hitlerze, nasi przyszli mordercy nazywaja jego wyznawcow czubkami.
ale w pewnym momencie zaczynaja grac na kompie w "stzelanke", by po chwili wejsc na strone typu allegro i zamawiaja sobie karabiny. jedni w tym momencie moga pomyslec, ze rezyser nie wytrzymal i w koncu zaczyna oskarzac. ale... czy to nie jest paranoja, ze w tym kraju bron mozna zakupic w ten sam sposob jak chelb czy ubranie? a dostawca z typowym amerykanskim usmiechem na gebie wrecza nastolatkowi przesylke od guns.com i zegna "have a nice day!"? czy to nie jest paranoja, ze nikt nie kontroluje tego, czy to aby nie jest niebezpieczne, by nastolatek mlocil namietnie w gre, w ktorej nie chodzi o nic innego jak o zabijanie?

jesli mialbym rzucac kamieniem, to w te same strony co robi van sant. ale tytul filmu w tym momencie nie jest bez znaczenia. choc bym moze to nadinterpretacja, ale kojarzy mi sie z przypowiescia buddyjska o slepcach, co obmacywali slonia i wyciagali wnioski typu ze jest jak sciana czy cos tam. no, takie indukcyjne bzdurzenie. i wlasnie chyba rezyser tym tytulem nas tak samo ostrzegam, bysmy nie byli jak ci slepcy. ze problem jest zbyt zlozony, by wskazywac konkretnych winnych.

bardzo dobry, piekny w formie, wstrzasajacy w tresci film.


(kac...)
rejdzmen 2008-03-15 15:57:41
skomentuj (0)
sprzedawcy
film dnia: Sprzedawcy (Clerks)

zawsze rozsmieszajacy, zawsze rozjebujacy na kawaleczki. klasyk, a z amerykanskiego: masterpiece.

nie ma chyba zbytnio co opisywac fabuly. przeciez ten film stoi na poleczke o nazwie "kult i klasyka ktora trzeba znac". pokrotce: film to o... sprzedawcach. amerykanskie zadupie, glowny bohater Dante prowadzi sklep, ktory u nas bysmy nazwali monopolowym. postacie drugoplanowe: randal, beszczelny, ale jednoczesnie z glowa na karku kumpel prowadzacy wypozyczalnie video, veronica - obecna dziewczyna dantego i Caitlyn, byla dziewczyna ktora zdradzala naszego glownego bohatera na lewo i prawo, ale on i tak ja kocha, pomimo ze wlasnie sie dowiedzial, ze wychodzi ona za azjatyckiego projektanta. no i jeszcze mamy mnostwo przewijajacych sie przez sklep klientow oraz, przede wszystkim, dwoch dilerow koczujacych pod sklepem, znani jako Jay i Cichy Bob. damn, znow jednak opisalem fabule.

na czym polega sila tego filmu? dwa czynniki. po pierwsze - jest to film, ktory stanowi wzor dla wszystkich tych, co rozpoczynaja przygode z kreceniem filmu. encyklopedyczny przyklad, jak za minimum kasy zrobic swietny film. fascynujace, ze t ograniczenia budzetowe wcale nie sa tu widoczne. a przynajmniej znacznie mniej niz w polskich super-produkcjach, gdzie mamy smoki ze sreberka po czekoladzie i antyczne miasta z tektury. tylko taki mozg jak kevin smith mogl nie tylko uzasadnic w sceenariuszu te ograniczenia, co zrobic z nich zalete. pierwszy lepszy przyklad: film rozgrywa sie w glownej mierze w sklepie. rezyser wykorzystal sklep, w ktorym sam pracowal,, jednak mogl w nim tylko krecic tylko w nocy. w zwiazku z tym wnetrza sklepu spowite sa oswietleniem lamp, co wydaje sie conajniej dziwne. uzasadnienie? "ktos zakleil guma zamki w zaluzjach". a przykladow na pomyslowosc tworcy moznaby naprawde jeszcze mnozyc.

drugi czynnik, zwiazany w sumie z pierwszym. jesli nie masz hajsu na zachwycenie efektami specjalnymi czy gra topowych aktorow, musisz blysnac tym, co powinno stanowic podstawe calego filmu. scenariusz. okej, nie mamy tu jakiegos ultraintrygujacego watku fabularnego. to tylko dzien z zycia sprzedawcy, zapis jego konfrontacji z bliskimi osobami i przewijajacymi sie przez sklep klientami. ale scenariusz to tez dialogi. i nimi przede wszystkim smith wygrywa. stad wlasnie pierwsze zdanie tej notki. humor kevina smitha wlasnie przy okazji tego debiutanckiego dla niego filmu osiaga apogeum. nie kazdy go jednak kupi. bo duzo tu prymitywnego jezyka, wulgarnych zwrotow. ale to wszystko wpakowane w tak inteligentne dysputy, okraszone takimi kapitalnymi puentami, ze jednak roznica miedzy clerksami a np american pie jest jednak dosyc konkretna.

uwielbiam takie filmy, no. ten humor, ten klimat poczatku lat 90tych, potegowany jeszcze muzyka herosow tamtych lat: alice in chains, soul asylum, bad religion... no i TA ameryka. ahhh.

pierwszy, i jak dla mnie najlepszy, film Kevina Smitha. zreszta, macie tu probke. tu akurat w roli glownej Jay i Cichy Bob, ktorzy przeciez niedlugo po tym filmie wyrosli na fenomen popkulturalny. BERSERKEEEEEER!!




(1/3 uporania sie z burdelem - wypas dnia wrecz

dostalem na mejla oferte koncertowa Stachursky'ego i Akcentu rumunskiego. moge umierac)
rejdzmen 2008-03-14 11:43:59
skomentuj (0)
volta
plyta dnia: bjork - volta

o ja glupi! jakze moglem w Nia zwatpic, ze nagrala slaba plyte! jak ja moglem nie docenic tego albumu.

bo problem z Muzyka jest taki, ze jak nas Artysta do czegos przyzwyczai to kazde odstepstwo od reguly uznamy za niepokojacy, za kryzys, zeby nie powiedziec - zdrade. najbardziej to przejebane maja muzycy ac/dc, bo gdyby nagrali cos wybiegajacego poza schemat banalnego numeru opartego na jednym riffie i schemacie zwrotka-refren, to by ich rzesze fanow zywcem zjadlo. od takiego Toola z kolei oczekuje sie, ze kazda plyta to bedzie wymyslanie prochu, rewolucja w muzyce. i nagle nagrywaja 10.000 days, ktore moznaby nazwac nna upartego Lateralus 2 i od razu wielki raban i odwrot od zespolu "tru hardkor" fanow.

nie inaczej jest z bjork. kazdy oczekuje od pani z islandii, ze bedzie coraz elitarniej, coraz kunsztowniej, coraz trudniej. i nagle jak grom z jasnego nieba spada w czerwcu ubieglego roku "Volta". i szok fanow i palpitacja serca u co wrazliwszych, ze przy numerach Babsi znow da sie tanczyc.

przyznam, ze ja tez na poczatku bylem zawiedziony. ze nic nowego, ze wrecz - o zgrozo - komercja. tyle ze Muzyka to nie tylko dzwieki. ale takze artysta. i tak jak probujesz zrozumiec dzwieki, tak trzeba czasem i zrozumiec artyste, bo czasem bez tego nie da sie zrozumiec dzwiekow. bo co po Medulli (i na dobitke soundtracku do Drawing Restraint 9) mozna bylo nagrac? czy mozna bylo jeszcze bardziej posunac granice experymentu? pewnie maniacy by sie cieszyli, nawet gdyby za podklady na nastepnym albumie mialyby sluzyc szum morza i odglosy ogniska. ale moze sama Artystka nie widziala rozwiazania tego problemu? a moze - przede wszystkim - czula ze ma dosyc experymentu?

taki tez wniosek mozna wysunac czytajac wywiady z Boginia. ze chodzilo by znow muzyka poruszyla cialo, nie tylko dusze. no i teraz, juz nie tylko obiektywnie, po wysluchaniu i przeanalizowaniu albumu moge przyznac - plan zrealizowany. w 1000 procentach.

posluchajcie otwierajacego album, singlowego "earth intruders". posluchajcie, jak ten podklad kipi od pomyslow, od dzwiekow. jaka roznorodnosc w sobie zawiera, jako ta tytulowa ziemia, co to codzien zachwyca nas swym bogactwem. kto by pomyslal, ze za tak poetycki w swym opisie podklad bedzie odpowiadal sam moj prywatny miszczunio Timbaland. krytykow, co to sie zalapali tylko na hity z mtv przypominam - ten pan juz wczesniej mial na koncie wspolprace z mniej lub bardziej nietypowymi wykonawcami pokroju Beck, Limp Bizkit czy Duran Duran. i w tym widze jego wyzszosc nad np The Neptunes, nakierowanymi na stricte "czarne rytmy".

chlopak podolal. bo zarowno w przypadku EI, jak i pozostalych dwoch jego kawalkow na Volcie - Innocence i Hope, nie ma mowy o zdradzie. z obu stron. Timbo zapodal swoje charakterystyczne, pogiete rytmiczne basowe popiardywania okraszone smaczkami aranzacyjnymi, a Bjork idealnie wtopila sie w nie swoim anielskim glosem. ale przeciez muzyka na Volcie to nie tylko pan Mosley. to takze staly wspolpracownik Mark Bell, odpowiedzialny za dwa numery (w tym "Declare Independence", o ktrym za moment. to oczywiscie tez Bjork, ktorej kompozytorsko jednak chyba najblizej do tego, co zaprezentowala na Homogenic, ewentualnie Vespertine. za skojarzenia z tym ostatnim krazkiem odpowiadaja tradycyjni, ultraegzotyczni muzycy, ktorych Babsi hurtem sciaga na swe plyty.

skoro zas o gosciach mowa. mamy tez wokalne featuringi, do ktorych Bjorkowna ma ostatnio szczescie. mike patton, mike patton, goszczacy na medulli, to osobnik ktory wysoko zawiesil poprzeczke. pan Antony z Antony And The Johnsons, choc reprezentujacy zupelnie inna bajke, podolal zadaniu. w zamykajacym plyte "My Juvenile", ale przede wszystkim w...

... "The Dull Flame Of Desire". jednej z najpiekniejszych piesni o milosci. 7 minut ponad, na poczatku minimalistyczny, dostojny podklad, z ktorego coraz glosniej przebija, podbudowujacy napiecie perkusyjny rytm, wybuchajacy pod koniec w calej okazalosci. cos pieknego. a to co bjork i antony robia tutaj wokalnie... no, inaczej niz "spotkanie na szczycie" okreslic sie tego nie da. dwa anielskie glosy, ktore po latach poszukiwan wreszcie sie odnajduja na ziemi.

a z zupelnie innej bajki jest drugi hajlajt tej plyty. "declare independence". peaches spotyka speedcore. najagresywniejszy kawalek w dyskografii Bjork. totalny zabojca na zywo. kto byl w babich dolach w tamte wakacje, ten wie o co chodzi.

moglbym tak pisac i pisac o tej plycie. juz czuje bol w paluchac i przeczuwam, ze wy odczujecie podobny w oczach czytajac moje wypociny, wiec podsumuje: pani bjork nie zaskoczyla tutaj. wymieszala po prostu efekty swoich dotychczasowych poszukiwan. mnie przede wszystkim cieszy brak zaskoczenia, jesli chodzi o poziom plyty. znow ultrazajebiscie.

PIESN DNIA: BJORK FEAT. ANTONY - The Dull Flame Of Desire

"I love your eyes, my dear
Their splendid sparkling fire

When suddenly you raise them so
To cast a swift embracing glance

Like lightning flashing in the sky
But there's a charm that is greater still

When my love's eyes are lowered
When all is fired by passion's kiss

And through the downcast lashes
I see the dull flame of desire"

takie fajne do ofiarowania bliskiej osobie na jakims skladaku typu "kokoszkowy album". or something. nah, niewazne.
rejdzmen 2008-03-13 11:26:45
skomentuj (1)
Progressive Rage Live: Madnine
niby wszystko sie zgadzalo. dobra, hard rockowa kapela, dobrze technicznie, po jakims czasie akustyka tez okej. niestety, experyment pod tytulem "jedna kapela na wieczor" nie wyszedl, co dobitnie potwierdzila frekwencja, najgorsza od uohoho. dlatego mam nadzieje, ze madninow ugoscimy za 2 tygodnie, razem z Holy Smoke.

ale wczoraj bylo fajnie czuc wiosne w powietrzu, oja. tylko dzis znow cos sie pogoda zjebala.

PIESN DNIA: MADNINE - Love Is Strong

czyli the rolling stones
rejdzmen 2008-03-12 11:11:07
skomentuj (0)
hypnotize
plyta dnia: system of a down - hypnotize

o ambitnym pomysle wydania podwojnego albumu, ktorego poszczegolne czesci wydane byly w odstepstwie pol roku, bylo dwie notki temu. po "mezmerize" czas na czesc druga - "hypnotize"

niezle to sobie skubance obmyslili. mezmerize otumaniala popowymi nalecialosciami w przesadnej wrecz dawce. musialo to zaowocowac nie tylko tym, ze album sprzedal sie w horreaodalnie wielkich liczbach, ale tez ulatwial jego nastepcy start w walce o wzgledy fanow i miejsc list przebojow. no bo przeciez skoro to druga polowa jednej calosci, to ryzyka nie bedzie.

a tu psikus. album wita takim wygrzewem ("attack" mu na imie), jakiegoby sie nie powstydzili skandynawscy wyznawcy rogatego. i potem wcale nie jest spokojniej. nawet jesli daruja sobie takie brutalne wygrzewy rodem z metalowej extremy, to przeginaja aranzacyjnie. zenskie wokale, skrzypeczki, wstawki rodem z "goraczki sobotniej nocy"... schizofreniczne skoki dynamiki, ktorymi sie cechuja juz od debiutu, na tym albumie sa serwowane w wrecz nieprzyzwoitej dawce. hustawka intensywnosci dzwiekow, na ktora rozbujanie mars volta potrzebuje conajmniej 7 minut, u soad chodzi na pelnych obrotach juz od pierwszych sekund. bezkompromisowosc tych kompozycji przypomina stare dobre czasy debiutu...

roznica jednak taka, ze na debiucie, pomimo ciezaru, mielismy do czynienia z przebojowoscia. no, taka przynajmniej na poziomie co alternatywniejszego radia. kawalki z "hypnotize" ciezko wchodza do glowy. nie wiem czy to wplyw pana basisty shavo, ktory pare razy udzielil sie jako wspolautor kompozycji (podobnie jak pan wokalista zreszta). ale koniec koncow - opor zostaje przelamany. trzeba tyko przy odsluchu przestac szukac punktow zaczepeinia pod postacia melodii. usiasc wygodnie (tym razem, w przeciwienstwie do "mezmerize", numerow idealnych do pogibania sie nie odnotowano), zamknac oczy i na pol godziny powierzyc swoj los emocjonalnemu rollercoasterowi, a raczej kierujacym nim panom z SOAD. pozwolic sie zahipnotyzowac.

tylko tak sobie mysle, ze gdyby po lekkim przesiewie zrobic z tego jednoplytowy album, mielibysmy do czynienia z totalnym miazdzerem. a tak to mamy dwa albumy bardzo dobre. dobrze to czy zle, kwestia ta do wgladu wlasnego

PIESN DNIA: SYSTEM OF A DOWN - Lonely Day

w morzu kompozycji porabano-halasliwych, taki numer jawi sie jako zbawienna perelka. w calej swojej prostocie (choc soloweczka gitarowa calkiem calkiem) i okrutnej banalnosci tekstu - ujmujace do bolu. i sie kojarzy podejrzanie z "yesterday" the beatles, co poteguje "dniowa" tematyka. a kto startuje do fab four ma zawsze u mnie plusa

" Such a lonely day
And it’s my
The most loneliest day of my life

Such a lonely day
Should be bend
It’s today that I can stand

The most loneliest day of my life
The most loneliest day of my life

Such a lonely day
Shouldn’t exist
Today that I’ll never miss

Such a lonely day
And it’s my
The most loneliest day of my life

And if you go,
I wanna go with you
And if you die,
I wanna die with you
Take your hand and walk away

The most loneliest day of my life
The most loneliest day of my life
The most loneliest day of my life

Such a lonely day
And it’s my
It’s today I’m glad I survived"


(cieeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeezkoooooooooooooooo. do dupy z taka kwarantanna)
rejdzmen 2008-03-11 02:27:51
skomentuj (0)
dj po prostu
traclista z 9.03.08

INTRO: "kosmiczny prolog"

(PODKŁAD: isis - "in fiction")

1. nosowska feat. papaya paranoia - "metempsycho"
2. system of a down - "violent pornography"
3. kyuss - "thong song"
4. madnine - "woman"
5. calm the fire - "not for sale"
6. no reason why - "złodzieje ofiar"
7. armia - "jeżeli"
8. the mars volta - "televators"
9. schizma - "XIII"
10. sainc - "ravenlot"
11. line-in 01 - "handborn infection"
12. meshuggah - "combustion"
13. meshuggah - "bleed"
14. meshuggah - "obZen"

(FINAŁ: zdzisława sośnicka - "pożegnanie z bajką")

nowe meshuggah jest niezle. konkursy az dwa, wiec znow przechodzimy do historii.
a co poza tym? nic. widac koniec pewnych rzeczy. i to jest pozytyw. juz niedlugo, juz niedlugo...

PIESN DNIA: MESHUGGAH - Combustion

rejdzmen 2008-03-10 10:45:15
skomentuj (0)
de-loused in the comatorium
plyta dnia: the mars volta - de-loused in the comatorium

kto normalny lubi rock progresywny, no kto? chyba tylko piotr kaczkowski. wypowiadalem sie o tym juz nieraz (przewaznie wlasnie w kontekscie tworczosci the mars volty), ale powtorze: rock progresywny dla mnie zaczyna sie i konczy na pink floyd. jestem w stanie zaakceptowac dokonania genesis czy marillion, ale wynalazki typu neo czy arena trzymajcie ode mnie z daleka. nie lubie tez zenienia progresji z metalem, co to niby ma byc ozywcze i swieze dla gatunku, a co czynia np dream theater czy porcupine tree. zenienie rocka progresywnego z punkiem wydaje sie jeszcze wieksza bzdura, a jednak. dokonali tego panowie z the mars volta.

szkola, jaka dala zalozycielom tmv gra w post-hardcore'owym ath the drive-in dala przede wszystkim wiedze, ze emocje najwieksze wywoluje sie u sluchacza, gdy da sie konkretnego lupnia w instrumentarium. w miedzyczasie musieli zapewne gdzies sie doczytac, ze taka sciana dzwieku robi jeszcze wieksze wrazenie, gdy skontrastuje sie ja z wyciszeniem, odlotem. jak rozkminili, tak zrobili.

oczywiscie skoro rock progresywny, to musi byc koncept jakis. taki tez i mamy na debiucie. historia czlowieka co sie Cerpin Tax zwie (postac oparta na osobniku z kregu TMV, Julio Venegasie). persona ow probowala sie najpierw zabic przedawkowujac morfine. zapada w spiaczke. gdy sie cudem z niej budzi, stwierdza ze prawdziwy swiat zmienil sie na jeszcze gorsze, co mu sie nie podobuje, wiec dopelnia przeznaczenia i tym razem udanie odbiera sobie zycie. wiekszosc plyty opisuje wlasnie to, co dzieje sie w psychice glownego bohatera. nie wiem jak to jest byc w spiaczce, ale wizja mars volty skutecznie zniecheca do zapoznania sie z tym stanem. nieustajace skoki dynamiki, erupcje emocji w postaci masowego ataku instrumentarium, a z drugiej strony krepujace wyciszenia, z plumkaniami wody, dzwiekami przyrody itepe itede w tle. niewesola sytuacja wiec. jedyny plus taki, ze to wszystko co Ci przygrywa we lbie tworzy piekna, pasjonujaca muzyke. ze w pewnym momencie nie chcesz tego swiata opuscic. bo tak cie zachwyca niesamowicie rozwiniety wokal pana cedrica. bo tak kapitalnie ujmuje cie gra gitarzysty, ktory sprawia wrazenie potwora ktory polknal talenty santany, jimmiego page'a i toma morello. bo slyszysz bogactwo inspiracji - pink floyd, co bardziej odlotowy led zeppelin i muzyka latynoska. bo slyszysz, ze tlo na ktorym popisuja sie glowni spiritus movens mars volty, tworza nie mniejsi fachowcy, z flea na czele. na dodatek w pewnym momencie (a konkretnie w cicatriz esp) slyszysz natchniona gre samego johna frusciante. a zamykajac temat red hot chili peppers, to za klarownosc dzwiekow ci towarzyszacych odpowiada nadworny producent papryczek, miszcz-nad-miszczami rick rubin.

budzisz sie jednak, slusznie stwierdzasz ze life sucks i postanawiasz zejsc z tego lez padolu. coz za bol, ze w tym momencie towarzysza ci najpiekniejsze dzwieki w calej twej historii. zatytulowano je "televators".

sa plyty tak kapitalne, tak oryginalne, ze az nie chce sie wierzyc, ze mozna cos jeszcze w tym temacie powiedziec. debiut sex pistols, debiut rage against the machine... ci pierwsi nie probowali nawet, ci drudzy sprobwali i nie wyszli na tym zle (choc zdania sa podzielone). the mars volta tez walcza dalej. niestety, dla mnie zadna pozniejsza plyta tak sie nie trzyma kupy z konceptem jak omawiana powyzej. nie ma tak idealnej symbiozy tresci z forma. bedzie ta sama forma, ktora bez tresci bedzie meczyc. ja juz tego nie kupuje.

PIESN DNIA: THE MARS VOLTA - Televators

(najlepszego kobietki, te dobre i te mniej dobre)
rejdzmen 2008-03-09 11:37:39
skomentuj (0)
mezmerize
plyta dnia: system of a down - mezmerize

nie jest ostatnimi czasy mile odbierane byc fanem system of a down. zeby nie powiedziec gorzej - przejebana sytuacja, szykany ze strony TRU znawcow muzyki i w ogole. przypuszczam ze po przeczytaniu pierwszego wersu tej notki pare osob zrezygnuje z dalszego czytania. nieslusznie, bardzo nieslusznie. bo po pierwsze i najwazniejsze, ominie ich niewatpliwa przyjemnosc obcowania z moimi wymyslnymi porownaniami, bajecznymi epitetami, nietuzinkowymi refleksjami itepe itede. a poza tym - "Mezmerize" to bardzo dobra plyta.

po kapitalnym debiucie i "Toxicity", ktore wprowadzilo ormian na muzyczne salony, troszke sobie nadwątlili zaufanie plyta "steal this album!". niby to byl zbior b-side'ow, ale jakis taki niesmaczny. poza slabymi kompozycjami widac bylo, ze formula muzyczna, jaka wymyslili sobie panowie, powoli sie wyczerpuje. musieli wiec wymyslic cos wielkiego, conajmniej niebanalnego, by wrocic na szczyt. no i wymyslili - podwojny album. tylko ze wydany osobno. tzn najpierw jedna plytka, a po pol roku druga. efekt - wejscie do waskiego grona artystow, ktorzy umiescili na szczycie listy billboardu dwa albumy w ciagu roku. ale to bardzo okolomuzyczne efekty. nas najbardziej przeciez interesuje to, ze nagrali po prostu pyszne albumy.

na pierwszy rzut ucha niby wszystko po staremu. skoki dynamiki, ktore moga doprowadzic do rozstrojenia nerwowego, egzotyczne wtrety obok slayerowego riffu, schizofreniczny wokal ktore kaze mowic o pokrewienstwie (przynajmniej mentalnym) z jello biafra. pierwsze przesluchanie tez mi podsunelo mysl o jechaniu ciagle na tym samym patencie. a jednak nie. diabel tkwi w szczegolach.
upopowienie. przede wszystkim upopowienie. a moze bardziej - umelodyjnienie? bo dalej zaden numer nie nadaje sie na hit do radia "zlote przeboje". ale nawet dla tych, ktorzy uwielbili sobie lagodniejsza "toxicity" refreny np w "B.Y.O.B." czy "revenga" moga byc szokiem. ale zeby tylko pop. a tu jeszcze nam sie bezwstydnie disco paleta. i to w przeroznych odmianach. disco lat 80tych w "old school hollywood" (te syntezatory!), cos na ksztalt armeno disco w "radio/video" (akordeon??) czy zaczerpniety z disco beat w "violent pornograpfy" (idealne na tzw rockoteki). a moze macie ochote na wariacje na temat "bohemian rhapsody"? prosze bardzo - "cigaro", i nie chodzi tylko podobienstwo "cigaro" do "figaro". a jakby tego bylo jeszcze malo, ostatni balladowy "lost in holywood" kojarzy mi sie nieodparcie z... "street spirit (fade out)" radioheadow. czyli szalenstwo.

tyrania jest zla, wiadomo, ale akurat SOADowi na dobre wyszla calkowita dominacja kompozytorska gitarzysty darona. rowniez to, ze chlopak ostro sie udzielil wokalnie na plycie. praktycznie polowa materialu to duety wokalne miedzy serjem a daronem. moze i chlopak nie ma glosu wybitnego, ale jest cos ujmujacego w tych jego przyspiewkach. moze to, ze slyach to, ze spiewa teksty napisane przez siebie?

nie dam zlego slowa powiedziec na ten zespol. jesli 'nu-metal', to tylko tworzony przez takich wizjonerow jak SOAD.

PIESN DNIA: SYSTEM OF A DOWN - Violent Pornography

It's a violent pornography
Choking chicks and sodomy
The kinda shit you get on your TV
rejdzmen 2008-03-08 12:16:59
skomentuj (0)
blues for the red sun
plyta dnia: kyuss - blues for the red sun

lubicie stoner rock? ja uwielbiam. i chociaz kazdy czlek lubi sie wyrozniac, to naprawde ubolewam nad tym, ze jestem jednym z nielicznych w tym kraju jesli chodzi o uwielbienie tego gatunku. owszem, queens of the stone age to kazdy fan rocka pewnie kojarzy, a zespol jak przyjedzie na koncert to moze liczyc na wyprzedanie biletow. ale co z orange goblin? co z fu manchu? co ze spiritual beggars? dlaczego jesli chodzi o polskie granie to tylko slychac o corruption i elvis deluxe? warto jednoczesnie pametac, ze tych wszystkich kapel (a zwlaszcza QOTSA) by nie bylo,  gdyby nie jedna taka zaloga... Kyuss sie zwala.

rok 1992 to byla prawdziwa kleska urodzaju jesli chodzi o genialne wydawnictwa. debiut rage against the machine, "opiate" toola, "angel duust" faith no more, "dirt" alice in chains. jakby tego bylo malo, wszyscy jeszcze przezywali przelomowe wydawnictwa roku ubieglego - czarna metallica, "blood sugar sex magic" red hotow czy przede wszystkim "nevermind" wiadomo kogo. gdzies w tej calej zawierusze niesmialo mignela genialna plyta kolesi, ktorych moznaby przyrownac do dzisiejszych blokersow. tyle ze zamiast spod bloku, to oni wzieli sie... z pustyni.

przedstawmy sprawcow zamieszania. josh homme. gitarzysta, pozniejszy lider absolutny Queens Of The Stone Age. w kyuss moze i nie absolutny, bo zbyt silne osobowosci sie tu zebraly, choc to on zalozyl ten zespol i to to on tez zadecyduje o jego rozwiazaniu. john garcia. krewny aktora andy garcia, ale nas obchodzi przede wszystkim to, ze jeden z najlepszych wokalistow jakie nosila matka ziemia (i dalej nosi). nick oliveri. basista. na tej plycie po raz ostatni w kyuss, ale uslyszymy o nim jeszcze przy okazji QOTSA, gdzie z homme beda stanowili duet nierozlaczny (do czasu...). i jeszcze brant bjork. kapitalny pauker. oni wszyscy przyczynili sie do powstania plyty, ktora mozna porownac do debiutu velvet underground. malo kto ja kupil, ale kazdy nabywca zalozyl potem wlasna kapele. bo to jest fakt - powstala jedna z najbardziej inspirujacych plyt w dziejach.

geniusz poczatku lat 90tych polegal na tym, ze wprawdzie do dzisiaj powstaja swietne plyty, ale z tych wszystkich wspomnianych plyt bilo szczeroscia. bilo spontanicznoscia. wiekszosc z tych kapel do dzisiaj stoi na strazy prawdziwego rocka. niewykalkulowanego, a powodowanego checia wyrazenia siebie. "blues for the red son" nie tylko nie byl inny, ale wrecz stanowil najjaskrawszy przyklad takiego podejscia. jesli muzyka moglaby wydalac zapachy, to sluchajac tej plyty czulbym swad rozgrzanych na maxa wzmacniaczy, smrod wyciskajacych z siebie siodme poty muzykow. a jednoczesnie jedyny w swoim rodzaju zapach pustyni. bo ta muzyka brzmi tak, jakby zostala zarejestrowana w sali prob, a jednoczesnie ma w sobie tyle przestrzeni, ile tylko na pustyni Gobi odnajdziemy. a jednoczesnie nie zapomnieli chlopaki, ze studio nagraniowe daje dodatkowe mozliwosci. mozna np sieknac ni stad ni zowad gitarke hiszpanska tak, by wspolgralo z reszta. mozna przetworzyc wokal na wszelakie sposoby. i tak dalej i tak dalej.

teoretycznie tutaj tez mamy kompozycje. zatytulowane, wyodrebnione kawalki od trzy do szesciominutowych. ale tej plyty nie da sie sluchac inaczej niz jednym ciagiem. ktos moze wychwalac nastepne wydawnictwa kyussa, ze piosenki staly sie bardziej zwarte, ze mielismy nawet do czyeniania z czyms na ksztalt przebojow, jak "demon cleaner". jasne, i ta odmiane kyussa uwielbiam, szczegolnie na "...and the circus leaves town". ale "blues for the red sun" to jest plyta, o ktorej jak o zadnej innej moge powiedziec, ze stanowi czysty odlot. i to nawet bez wspomagaczy. nie mialem okazji nigdy np zapalic przy tej plycie (i do dzisiaj czekam na okazje...), ale wierze, ze sluchanie tego albumu "w odmiennym stanie" byloby wisienka na torcie, jakim juz jest odbior tej plyty na trzezwo. kapitalnie rowna ta plyta, jednolita skaua, nieprzerwany strumien swiadomosci artystow ja tworzacych.
zreszta, kto by chcial przerywac TAKA MUZYKE? muzyke, ktora brzmi jakby spaleni muzycy black sabbath i the stooges z oblakanym meksykaninem na wokalu probowali grac bluesa. raz punkowe, rozpedzone rytmy, raz bluesowe zawodzenie, a to wszystko jedyna, niepowtarzalna gitara josha homma. z jednej strony na pewno inspirowana black sabbath, choc sie skurczybyk nie chce przyznac, a z drugiej strony - brzmienie jemu tylko wlasciwe. wciaz mnie zastanawia, czemu przy wszelakich plebistytach gitarzystow homme jest tak nieznosnie pomijany. life sucks.

jedna z tych plyt, ktorych mozna sluchac w nieskonczonosc, ktore moga stanowic soundrtack do twwojego zycia, ktore mozesz zabrac na bezludna wyspe. i encyklopedyczny przyklad na wystepowanie Chemii w Muzyce. i niekoniecznie chodzi o obecnosc etanolu czy thc.

(takie bajdurzenie tradycyjne, ze miszcz, ze wielki czlowiek, wielki artysta, a przy okazji wielki polak. nie bede udawal, ze chodzilem regularnie na sztuki w ktorych gral gustaw holoubek, ale jak sobie wczoraj przypomnialem jego wystepy w filmach i tym, co dzisiaj aktorzy wyprawiaja... no żal troche jednak)

PIESN DNIA: KYUSS - Thong Song
rejdzmen 2008-03-07 11:23:08
skomentuj (1)
punk rock later
ksiazka dnia: Mikołaj Lizut - Punk Rock Later

dosyc nieczesta kategoria tutaj, wiem hehe. no ale sie zdarzylo. wiec skrobne pare slow.

Punk Rock Later. jak sie zrobi skrot to wychodzi PRL. no i wlasnie jest to ksiazka o muzycznych bohaterach tamtych czasow. autorstwa pana piszacego m.in. do Gazety Wyborczej. 6 wywiadow, jedna opowiesc-nowelka wrecz. przepytywani to: Kazimierz Staszewski, znany takze jakos Kazik (Kult, KNŻ, El Dupa and many more), Tomasz Lipiński & Robert Brylewski (tutaj akurat pod katem ich dowodzenia w Brygadzie Kryzys), Tomasz Budzyński (Siekiera, Armia, 2Tm2,3), Muniek Staszczyk (T.Love), Krzysztof Grabowski (Dezerter) i.... Krzysztof Grabowski, ale tym razem ten co pod ksywa Grabaż dowodzi Strachom Na Lachy (chociaz w czasie powstawania ksiazki przepytywany byl na okolicznosc Pidzamy Porno oczywiscie). opowiesc jest zas o punkowej legendzie z bieszczad - KSU.
kazda rozmowa jest ciekawa, ponizej pewnego poziomu nie schodzi. pytania dobre, bez tzw lizania sie po fiutach - nie brak pytan "ciezszych", wprawiajacych w zaklopotanie. chociaz punkt dla wykonawcow, ze jednak zawsze wychodza obronna reka.
ksiazke czyta sie dobrze od poczatku do konca, chociaz wiadomo, ze najlepiej sie czyta wywiady z tym artystami, z ktorymi sie najbardziej sympatyzuje. w moim przypadku jest to duet liderow Brygady Kryzys. muzykow, w ktorych odwrotnosc proporcji zaslug do stopnia niedocenienia jest chyba najwieksza. gdy pare lat temu powstawal wywiad, Brygada byla swiezo po reaktywacji. wielkie nadzieje, powrot legendy, byc nowe nowe rzady na rynku niezaleznego grania. i co? i dupa. dzialalnosc znow zawieszona, Lipinski znow kombinuje z Tiltem, Brylewski ze swoimi niezliczonymi projektami. czyli znow totalny underground. przykro.
kazdy zreszta rozdzial ksiazki, kazdy wywiad skupia sie na tym, na co zreszta wskazuje sam tytul, jak bylo later. a konkretnie - po upadku komunizmu. w latach 90tych i teraz, w nowym wieku. a potoczylo sie przeroznie. totalne zapomnienie, jakie stalo sie udzialem Brygady i KSU (choc ci ostatni tez wciaz cos kombinuja). odnalezienie wlasnej, niewielkiej ale solidnej niszy, jakie stalo sie udzialem Armii i Dezertera. ciekawe, obie kapele zwiazane z Metal Mindem. podobny wspolny mianownik, tyle ze tym razem nie MMP a SP Records, dotyczy kapel ktore doskonale odnalazly sie w erze kapitalizmu -czyli Kult i Pidzama Porno. do tego grona moznaby teoretycznie T.Love. tyle ze w przypadku ekipy Munka ciezko mowic o zachowaniu punkowej, niezaleznej postawy. i nie chodzi o deal z EMI. to tylko etykieta. Muniek moze tlumaczyc muzyczne poczynania swojej kapeli dojrzaloscia, wolnoscia, a co za tym idzie-niezaleznoscia, grania tego co mu sie podoba. przypadek ze jednoczesnie spodobalo sie to wytworni i masom?
nie abym byl wrogiem T.Love. koncertowo sa swietni, cieszy ze trzymaja reke na pulsie i wprowadzaja do swojego grania elementy tak zwanej nowej rockowej rewolucji. ale jednak wiekszym szacunkiem darze pozostalych bohaterow tej ksiazki. bohaterow, ktorzy przepadli przez wiernosc idealom i obranej stylistyce, przez bijaca od nich nieumiejetnosc odnalezienia sie w zapotrzebowaniach sluchaczy ery kapitalizmu.

mimo wszystko, warto przeczytac. warto posluchac dolaczonej do ksiazki plytki z archiwalnymi numerami. mozna psioczyc na harcerskosc Pidzamy Porno, na jabolowy posmak KSU, na siermieznosc Dezertera. ale to jest wlasnie nasz unikatowy wklad w swiatowy punk rock. specyficzne okolicznosci zakotwiczenia sie punk rocka na polskiej ziemi pociagnely specyficzne, charakterystyczne kapele. bo Armii, Kultu czy Brygady Kryzys nie da sie z zadna inna kapela pomylic. dobrze, gdyby fani, a przede wszystkim zaslepieni zagranica tworcy "polskiej nowej rockowej rewolucji" o tym pamietali.


PIESN DNIA: ARMIA - Niezwyciężony

klasyk. uwielbiam ta waltornie Banana. bajkowosc tekstow i wokali Budzynskiego. ah. oh.

" Jak ogień spadasz na zdobycz
Ofiarą jestem ja
I piórem z Twojego skrzydła
na wodzie rysuję ślad
Posłuchaj jeszcze raz, to wieje wiatr
Oddaję Ci swój czas i czekam na znak "


(O S Z U K A Ń S T W O, nie umiem teraz tego inaczej czuc. diffucult not to feel zajebiscie disappointed)
rejdzmen 2008-03-06 11:34:27
skomentuj (0)