rejdzmen blog

    Twój nowy blog

    siema dzieciarnia. dzis po raz ostatni pomecze was notka muzyczna. ostatni raz, zanim… ale o tym jutro. i nie, nie chodzi ani o sesje, ani o depresje. anyway, zajrzyjcie jutro tak popoludniu.

    mam nadzieje ze jednak ktos czyta co tu wypisuje jesli chodzi o dzwieki i obrazki. wiecie, mi to sie przydaje, bo dzieki temu np okazuje sie, ze moja recenzja wygrala w jakimstam rankingu (choc oczywiscie recenzja pisana „na powaznie” zajmuje dluzsza chwile niz blogowa, ale wlasnie dzieki blogaskowi – nie zajmuje to tez specjalnie duzo czasu). oczywiscie, nie chwalac sie. a czy Wam sie przydaje… nawet jesli nie to sorry, i tak bede was meczyl swa tworczoscia. bo to tez dobra forma wyzycia sie, tak to widze.

    no wlasnie. niektorzy wyzywaja sie piszac, inni silujac sie, jeszcze inni masturbujac. a panowie z poison the well wyzywaja sie za pomoca muzyki. i slychac ze to wyzywaja sie nie koksiarze z nowego portu, a szargani skrajnymi emocjami wrazliwi panowie z ameryki. podmiot liryczny w tekstach cierpi, glownie przez milosc. dekadencja, rezygnacja, rozpacz… okej okej, musi pasc w koncu to slowo. EMOOOO.

    jesli czytacie to dalej to dajcie mi wytlumaczyc, dlaczego mimo wszystko jest to fajna plyta.

    1) bardziej w przypadku PTW mozemy mowic o tzw screamo. czyli, jak mozecie sie domyslec, krzyczana wersja emo. normalnych wokali tu jak na lekarstwo. no i przeklada sie to na muzyke – ciezkie w odbiorze, o przebojowosci mozna zapomniec. czyli – niby emo, ale jednak nie emo. szufladki to straszna rzecz,swoja droga

    2) jesli ktos odroznia sunny day real estate od tokio hotel, a fugazi od fallout boya, to nie trzeba mu tlumaczyc, ze emo w swym pierwotnym zalozeniu nie byl zlym gatunkiem. oczywiscie dla cynikow zawsze takie wylewaznie zali w sztuce bedzie gownem i beka w jednym. tak samo jak ogolnie wylewanie zali publiczne przez kogokolwiek. (hahaha, tak, w tym momencie to autodiss) get a life, czlowieku. wiec nie martw sieee, usmiechnij sieee. no tak. tylko ze roznica miedzy kolega z blogaska a panami z poison the well jest taka, ze oni te zale potrafia przekuc w sztuke, ktora porusza i kruszy kosci swym ciezarem. cos dla zamularzy i fanow hardcore’a jednoczesnie. poza tym z jednej strony slychac w tej muzyce szczerosc, a nie plyniecie na fali popularnosci emo*. z drugiej strony – no na pewno w jakis sposob trza to wszystko brac w cudzyslow. bo jest to wielce mozliwe, ze na codzien panowie zazywaja nagminnie kapieli slonecznych**, a herbate popijaja z kubkow z kaczorem donaldem. sztuka to w koncu klamstwo, ktore pokazuje rzeczywistosc.

    *fakty historyczne – plyta pochodzi z 1999, kiedy to jeszcze mlodziez nie rzucala sie tak hurtowo na tusz do rzes i czarny lakier do paznokci. oczywiscie zadni z poison the well protoplasci, choc na pewno plyta ta, debiutancka na dodatek, na pewno plasuje sie nie tylko w ich dyskografii, ale i w nurcie screamo/posthardcoreowym.

    **wielce to mozliwe biorac pod uwage fakt, ze zaloga ta pochodzi z miami

    PIESN DNIA: POISON THE WELL – Slice Paper Wrists

    bardzo ladny refrenik, zdecydowanie najmelodyjniejszy. nic dziwnego ze to faworyt fanow ptw

    no, to jeszcze poczytajcie o czym tu spiewa pan wokal i macie pelny obraz plyty

    „When you read this /I will not be the same
    I have let my true form show
    this is my last/lost in all my guilt
    for letting you fall / understand it wasn’t me
    but I can’t dream without showing intentions
    as I ask these questions/where were you
    now I can’t see through your eyes
    I remember the day the sun went out
    It halted all progression with all its beauty
    it just sacrificed/we fell apart
    Sincerely yours I’ve disowned you
    Sincerely yours I’ve disowned us”

    elo, po długiej przerwie. cos ciut nowego sie dzieje, ale o tym kiedy indziej. na razie o tym, o czym mi sie najlatwej pisze, czyli o muzyce. tym razem ocenimi rzecz spreparowana przez znajome osoby, wiec nie bede bezlitostny w ocenie. zreszta, wcale nie ma takiej potrzeby.
    znacie zespol Pneuma? oczywiscie ze znacie. bo goscili pare razy w Negatywie, poza tym chlopaki z 3miasta. no i takze poza granicami pomorskiego sa juz kojarzeni, zwlaszcza po wydaniu „Jeden” przez My Music. nie wiem czy chlopaki sa zadowoleni z dealu z wytwornia meza, w kazdym badz razie najnowsze wydawnictwo jest self-releasem. co mimo wszystko widac. choc nalezy docenic wlozone serce.
    otoz najnowsze ow wydawnictwo to dvd. pierwsze w dlugiej karierze pneumy. a ze chlopaki na zywo miazdza i krusza kosci, to takie wydawnictwo bylo wrecz wskazane. mamy wiec wszystko co sklada sie na wizytowke zespolu – koncert, klipy i nieodzowne filmiki typu prywata.
    jako wciaz mimo wszystko zaloga undergroundowe to pneuma zbyt wielu klipow sie nie dorobila. dlatego jednak glowne danie stanowi tu koncert. rzecz nakrecono w tamtym roku w ramach promujacej „Jeden” trasy, ktora objela takze Negatyw. koncert z dvd odbywa sie w jasle. ze gdzie? przyznaje, tez miejscowosci nie znam. ale wyglada na to, ze pneuma wychowala tam sobie niezla publike. z frekwencja problemow nie bylo. inna sprawa, ze byc moze zadecydowaly tez warunki koncertu. otoz sztuka odbywa sie w teatrze. kurtyny wprawdzie nie ma, jednak widac ze nie jest to zwykla sala koncertowa. nie ma to jednak wiekszego znaczenia, bo wszystko odbywa sie jak na normalnym koncercie. stagedivingi, kontakt z publika bezproblemowy… no tak, tylko ze my siedzimy przed telewizorem, wiec troszke oczekiwania inne. no i niestety nie do konca sie udalo przelozyc potege Pneumy na nosnik. oczywiscie, pod wzgledem wizualnym fajerwerkow nie ma, ale tego mozna bylo sie spodziewac. nie, aby panowie stali w miejscu, co to to zdecydowanie nie. po prostu „pulse” it ain’t, jesli wiecie co mam na mysli. natomiast zawodzi dzwiek. tragedii nie ma, jednak chyba mialem wieksze oczekiwania… choc z drugiej strony – wierze ze ekipa (za rezyserie odpowiedzialny byl aberald giza, trojmiejski offowy rezyser od „towaru” chociazby) zrobila wszystko co w ich mocy bylo. i w mocy budzetu.
    setlista? bez zaskoczen, przynajmniej dla tych co odwiedzaja ostatnie koncerty pneumy. „ta sama krew” highlightem koncertu. cieszy ze odpuscili sobie prezentowanie na zywo singlowego coveru „living on a prayer” i zamiast tego promuja znacznie bardziej adekwatne i kozackie „fuel” metalliki. oczywiscie numer ten konczy koncert rowniez i tu.
    tyle jesli chodzi o koncert. videoklipow czas teraz. w liczbie szesciu. chronologicznie ulozone, progres ewidentnie widoczny. wprawdzie za „widzisz” z 2003 roku jest odpowiedzialny wspomniany aberald giza, jednak razi on banalnoscia wtretow fabularnych. okej, ja rozumiem, ze fani, ich emocje, niech maja swoje 5 minut w klipie. czasem zreszta mozna zrobic cos ciekawego w kategorii „klip z fanami”, vide „nie było” sweet noise. no, tylko ze tam bylo wiecej pieniazkow, mozna bylo ich wykorzystaniem omamic widza. tutaj nie ma budzetu, nie ma pomyslu, nie ma co ogladac. ewentualnie ujecia zespolu. dla odmiany – numer sam jest fajny, ale o tym pozniej. nastepna rzecz pokazuje, ze jednak mozna cos ciekawego nakrecic nie dysponujac wielkim budzetem. „dom”. zespol ukazany w lesie (dzungli?), kazdy z muzykow indywidualnie zmagajacy sie z natura. mila rzecz dla oka. nastepne dwa klipy to juz 2007 rok i czas „jeden”. bardziej fachowe obrazki, ale… ciezko mowic tutaj o klipach promujacych album, bo to co zekranizowano to numery zupelnie niereprezentatywne dla „jeden”. niestety trudno oprzec sie wrazeniu, ze decydujacy glos miala tutaj wytwornia szukajaca przeboju. no i niby spoko. „bez Ciebie” to sliczny, akustyczny numer, jakiego chyhba jeszcze pneuma nie miala. ale miejsce takich numerow jest wylacznie na plycie. gdzie idealnie sprawdzaja sie jako chwila na oddech po metalowym grzaniu. taki song smigajacy na wolnosci po mediach moze jednak spowodowac, ze starzy fani sie zniecheca (zwlaszcza jak zobacza banalny klip krecony w jakims pubie z kikutem &co. zgrywajacych amantow), a nowi wyrobia sobie mylne wrazenie o zespole. nie wiem czy w tym wypadku bilans zyskow i strat bylby korzystny.
    podobnie w sumie rzecz sie ma z klipem do wspomnianego „living on a prayer”. doceniam zajebiscie skrecony klip. niby fabularnie nic konkretnego, ale przesympatycznie sie oglada. ale o ile wieksza sile razenia mialoby to z „ta sama krwia”. domyslam sie ze numer bon joviego podpasowal lirycznie. a i muzycznie wystarczylo go minimalnie podrasowac. minimum roboty, a jest hit. szkoda. wiem ze rynek polski wymagajacy jest, ale wole, jak to zespoly rzucaja temu rynkowi wyzwanie.
    na koniec videografii dwie ciekawostki. dwie kooperacje z panem co sie Liber nazywa. that’s right, ten sam co ficzuringuje meziowi w „aniele”, „zeby nie bylo”. ten co splodzil „suczki”, a z doniem nuca o „skarbach”. czyli generalnie nie mozna sie czegokolwiek dobrego spodziewac po takim osobniku. tymczasem efekt wspolpracy z pneuma w postaci numeru „towaru” (rzecz promujacca film „towar”, wiec za kamera aberald g.) wyszedl wybornie. dobre jak chyba nigdy zwrotki libera w refrenie i pieprzniecie w refrenie. juz nie pamietam tak dobrej wspolpracy rapu z metalem na polskim gruncie. ten numer ma to cos, czego nie mial peja ze sweet noise – autentyczne polaczenie skladnikow, bez dominacji jednego gatunku nad drugim. brawo panowie.
    szkoda ze rownie dobrze nie da sie ocenic klipu „juesej” projektu rio boss. tutaj wlasciwie zwierzecia zwanego pneuma prawie w ogole nie slychac. jest hiphop na zywych instrumentach. to dobrze. zle, ze jest to hiphop Libera na zywych instrumentach. o dziwo, tak jak zawsze tego pana cechowaly melodie jadace po najnizszych gustach, tak tutaj chcial chyba byc ambitny i wyszlo mu cos totalnie bez melodii. bez czegokolwiek. tylko klip dobry, tym razem fachowa robota grupy 13.
    no i jeszcze, jak juz wspomnialem, sa tutaj filmiki zza kulis. z powstawania plyt „kokon” (mozna przez chwile ujrzec gebe litzy), „jeden” i z trasy. coz, moze przez to, ze nie sa to dla mnie gwiazdy z telewizora, to te prywatne filmiki autentycznie mnie rozbawily. slynny trojmiejski humor, powiew monty pythona z baltyckim posmakiem, hehe.

    PIESN DNIA: PNEUMA – Widzisz
    przyjemny numer. chociaz strasznie kojarzacy sie z Deafening Silence machine heada. zwazywszy na to, ze propozycja pneumy ogolnie silnie sie kojarzy z tym zespoolem, to mozna miec pewne watpliwosci, czy przypadkiem zbyt mocno sie nie nasluchali flynna i spolki. no, ale moze sie czepiam

    opowiem Wam o jeszcze jednej ciekawej muzycznej historii, ktora zaszla jakis czas temu. otoz z siostrzyczka w kinie bylem. na U2 3D. czyli jak mozna sie domyslec z samej nazwy, chodzi o zespol zwanego U2 w trojwymiarze. a konkretnie o koncert. nie w realu, a w kinie. ale dzieki okularkom widac trojwymiar. ostatni raz cos takiego ogladalem 10 lat temu w paryskim disneylandzie, gdzie pokaywano w ten sposob film z michaelem jacksonem. wiec nie za czesto mam stycznosc z tego typu rozrywka. wiec tym bardziej czuje sie podjarany. niewiele mi trzeba. ukochany zespol sprzedawany na nowo.
    no tak, trzeba przyznac, ze U2 wiedza jak wykonczyc kieszen wielbicieli. albumy, reedycje, bajery, filmy… marketing jak sie patrzy. moze i muzycznie to juz zdecydowanie nie to co kiedys, ale HALO – wszystko to co nagrali do Achtung Baby to sprawy historyczne i trzeba byc niezlym ignorantem by twierdzic, ze U2 to nic nie znaczacy zespol. zreszta, bono i spolka dobrze wiedza, ze ich kapitalem, ktory trzyma przy nich wielbicieli przez tyle lat, to wlasnie stare dokonania. dlatego nie probuja na sile promowac nowych rzeczy. zreszta, i na nowych plytach zdarzaja im sie perelki, ktore bez wiekszych obiekcji fanow wlaczaja do repertuaru. jak „vertigo” czy „beautiful day”, ktore zlozyly sie na poczatek koncertu. czy absolutnie cudowny „sometimes you can’t make it on your own”. film byl zreszta sklejany z materialow nakreconych podczas vertigo tour, promujacego ostatni album irlandczykow „how to dismantle an atomic bomb”. wiec uslyszelismy jeszcze ” love nad peace or else” i na samiutki koniec „yahweh”. reszta to juz mniejsze czy wieksze hiciory. zreszta, setlista U2 3D bardzo przypomina ta z chorzowa 2005, wiec odzyly wspomnienia. kurewsko fajne wspomnienia. tak jak w chorzowie, na „trzeci ogien” polecial „new year’s day”. niestety, bez flagi. najbardziej zaangazowany fragment koncertu w postaci wiazanki „bullet the blue sky” i „sunday bloody sunday”. tak jak w chorzowie, jest symbol COEXIST mlodozenca, perkusja na wybiegu, a nawet odpalanie przez bono jakichs sztuczni ogni or else. nastepnie nastepuje to, czego u nas, bardzo niestety, nie bylo. „miss sarajevo”, gdzie bono udowadnia, ze nie tylko ma jedna z najoryginalniejszych barw glosu w muzyce popularnej, ale tez nieprzecietne mozliwosci. mozna czepiac sie chlopaka za sprawy okolomuzyczne, ale jego postaci jesli chodzi o sama muzyke bede bronic calym soba. no. dalej to juz jednak leca bardziej oczywiste hity. „pride (in the name of love)” (tysiace ludzi spiewajace „oooo”, a ja mam lezke w oku, to sie dopiero nazywa skrzywiona wrazliwosc). „where the streets have no name”, podobnie jak w chorzowie animacja z afrykanskimi flagami. i na koniec setu wlasciwego jedna z oficjalnie najpiekniejszych piesni milosnych w postaci „one”. poczatek bisu bardzo znajomy. animacja przedstawiajaca jednorekiego jacka, gdzie zamiast owocow mamy ryje politykow. yep, it’s „the fly”. a zaraz potem nieoficjalnie, bo w opini nizej podpisanego, jedna z najpiekniejszych piesni milosnych w postaci „with or without you”. i to juz koniec. ladne zakonczenie, jednak na jednym bisie zakonczyc sie nie moze, wiec, jak juz bylo wspomniane, impreze konczy „yahweh”. czyli setlista prawidlowa – obowiazkowe pozycje plus przyjemne niespodzianki. muzyczna uczta plus show.
    no wlasnie, a co z tym show? przeciez wlasnie po to nam sie pokazuje to w formacie 3D, by bylo bardziej widac to show. przeciez malo ktory zespol sie nadaje na tego typu prezentacje. kim gordon, chris cornell czy henry rollins raczej by sie nadawali, z calym szacunkiem i uwielbieniem wrecz dla ich muzyki. co innego bono. tak, to jest koles stworzony do tego, by wyciagac reke do kamery, ku uciesze calej sali z kolorowymi okularkami na nosach. jak niewiele trzeba gawiedzi. a moze poobserwujmy perkusiste? spoko, rzut kamery na larry’ego i czujemy sie, jakbysmy przysluchiwali mu sie stojac z boku. albo pozy the edge’a. uwaga, bo nam zeby gryfem wybije! tak, chlopaki sprostali wyzwaniu, jakie stawia format 3D. umieli wykorzystac jego mozliwosci. wyszedl wizualny majstersztyk.
    kto nastepny wiec? obstawiam rolling stonesow. juz widze oczyma wyobrazni jaggera lizacego kamere, przy jednoczesnym doznawaniu zenskiej czesci publiki w kinie. i czesci meskiej.

    PIESN DNIA: U2 – Sometimes You Can’t Make It On Your Own

    opowiem wam szybciutko o koncercie, ktory rozpierdolil mnie miesiac temu. pozno wiec pisze, no ale stwierdzilem ze jednak musze o nim opowiedziec. a lepiej pozno niz wcale.
    wiec koncert ten to byl taki urodzinowy prezent. the fact is, byl to pierwszy moj koncert w tym roku. tak teraz to u mnie wyglada. no ale nevermind. w kazdym badz razie w skladzie ja, winiak, jedras i jego bejbe uderzamy do warszawskiej progresji. browarowo w pkp, lekka nerowowka przed wyjazdem, ale dojezdzamy, a nawet docieramy pod progresje. duzo luda. wrecz zaskakujaco duzo. i tak jakos warszawsko. znajome geby muzykow mitch&mitch, riverside, blindead, fulcrum czy daymares. tak, na tym koncercie wrecz wypadalo byc. przebijamy sie do srodka. pierwsze co uderza po wejsciu to klimatyzacja. a konkretnie jej brak. szoku termicznego nie ma, bo na zewnatrz tez najchlodniej nie bylo, ale jednak juz w moim podeszlym wieku takie elementy przeszkadzaja. przynajmniej dopoki nie ma skupienia sie na muzyce. tutaj wiec najwiekszy diss leci w kierunku Progresji. poza tym widac, ze jest to mekka dla fanow muzyki alternatywnej. zwlaszcza tej spod znaku lucyfera i swarozyca. co nie musi byc wada. nie widzialbym tego koncertu w miejscu typu parlament – porownanie dobre, bo objetosciowo to tez wlasnie te klimaty.
    dobrze, a teraz muzyka. ominal nas jedyny supporcik (bo M. i DEP. to raczej rownorzedne gwiazdy) w postaci Between The Buried And Me. ponoc niedobrze ze tak sie stalo. choc z tego co slyszalem przed koncertem to niespecjalnie ruszylo. zdania podzielone. z tego co widzialem jednak to przyjecie mieli dobre, wiec moze bedzie szansa sie zrehabilitowac. czekamy na pierwsza z gwiazd…
    jak wspomniane bylo, szwedzi i amerykanie wystepuja na rownych prawach. ponoc tez w trakcie wspolnej trasy wymieniaja sie kolejnoscia wystepow. w warszawie padlo na to, ze meshuggah bedzie wystepowac pierwsza. co uwazam za lekka pomylke. a to dlatego, bikoz mialem wrazenie (wiecie, wystarczy popatrzec na koszulki ludzi, nie trzeba nawet wywiadow srodowiskowych robic), ze to szwedzi jednak wieksza publike zgarneli. co nie dziwi – po raz pierwszy w polsce (przy trzeciej wizycie DEP u nas, w tym drugiej w 2008 roku). no i jednak moim zdaniem bardziej to zasluzona kapela. staz dluzszy i czesciej jednak DEP sie porownuje do M, niz odwrotnie. zreszta, wrazenie moje okazalo sie sluszne – na dep bylo troszke luzniej pod scena. swoja droga, dawac 100 zlotych i opuszczac gwiazde wieczoru? dziwne. no ale okej.
    mmmkay, teraz juz naprawde bedzie o muzyce. wiec jak wspomnialem – na pierwszy ogien poszla Meshuggah. zespol, na ktory i ja rowniez czekalem bardziej tego wieczoru. i zapewne bede nieobiekktywny, ale to wlasnie szwedzi moim zdaniem bardziej rozniesli progresje. choc wizualnie to przy szalencach z dep meshuggah zaprezentowala sie bardzo statecznie. wszyscy na swoich miejscach, skupieni na grze… zreszta czego mozna sie bylo innego spodziewac po kolesiach, ktorzy sylaby w tekstach podpasowuja pod rytm? Math metal niby to w koncu. choc przy solowkach gitarowych slychac bylo wieksza swobode. zreszta tez klamstwem byloby stwierdzenie, ze sluchalismy plyty odegranej w klubie. przede wszystkim plyta tak miazdzaco nie brzmi. przy pierwszych numerach mialem obawy, ze akustyk polegnie przy potedze szwedow. moze potem juz przestalem zwracac na to uwage, albo zrobilo sie zwyczajnie lepiej.
    zreszta, nawet jesli bylo statycznie ze strony muzykow, to na pewno nie ze stron publiki. szalenstwo. w koncu musieli zostac docenieni i wreszcie wokalista kidman nawiazal dialog z publika. bez jakis wiekszych wycieczek personalnych, ale mysle ze dalo sie slyszec, ze im sie najzwyczajniej w swiecie sztuka podoba. ze jest nadspodziewanie dobrze.
    setlista? oczywiscie promowanie ostatniego dlugograja obzen. przyznam szczerze, ze nie jestem jeszcze dobrze z ta plytka obeznany (heh, obzenany, smieszne co nie?), ale z tego co mi swita to grali m.in. combustion, electric red i pravun. no i singlowego hiciora – bleed – z kapitalnie przerazajaca koncowka. oczywiscie byly hiciory typu suffer in truth, future breed machine czy chyba najbardziej oczekiwany rational gaze. drugiego naj hiciora – new millenium cyanide christ – nie bylo niestety. zreszta, chaosphere ku memu niezawodoleniu potraktowany po macoszemy. wlasciwie tylko the mouth… moglismy uslyszec.
    prawda jest jednak taka, ze dla kogos nieobeznanego w dyskografii maczugi, a kto byl w progresji tego dnia, taka wyliczanka moze sie wydawac smieszna. ze niby jakies konkretne numery zagrali? i w sumie osobnik ten bedzie ial racje. meshuggah to trans, nie melodie. suity, nie hity. co na koncercie – nawet pomimo iz byly przerwy miedzy numerami – bylo jeszcze bardziej podkreslone. nawet fakt, ze nie bylo specjalnie selektywnie, dzialal „na korzysc transu”. i strasznie bolalo, gdy juz po godzinie zostalismyz  niego wyrwani, bez szansa na chocby paruminutowa powtorke… niemniej, koncert o znaczeniu i wartosci historycznej.
    lekka przerwa i wychodza amerykancy z dillingera. z panami ostatnio sie widzielismy ostatni raz 3 lata temu w bardzo nietypowych okolicznosciach. support przed slipknotem mianowicie. nawet jesli sporo ludzi wtedy przyszlo specjalnie dla nich, to i tak jednak mozna powiedziec o lekkiej pomylce. co nie zmienia faktu, ze koncert byl wyjebany, nawet jesli ograniczony czasowo. w progresji jednak mielismy juz znacznie korzyystniejszwe warunki. chce sie powiedziec ze wreszcie, bo przeciez na metalmanii, choc nie bylem, tez zapewne ciezko mieli z rozwinieciem skrzydel.
    maly klub, publika „wyspecjalizowana”, mozna robic rozpierdol bez przeszkod. i zrobili. jesli ktos choc raz zetknal sie z muzyka dep wie, ze trudno taki material odegrac na siedzaco lub grajac i pijac piwo jednoczesnie. jednak tak na dobra sprawe dopiero na koncercie mozna przekonac sie o skali pojebanstwa tych kolesi. klasyczny motyw wioslowych – robienie hullahoop z gitar, nawet przy ryzyku wybicia komus zebow. wbieganie na wzmacniacze. absolutne mistrzostwo przy konczacym koncert Sunshine The Werewolf – wokalista zajebuje talerz perkusiscie, wbiega na sciane (wysoka) wzmacniaczy i zaczyna w ten talerz napierdalac. po czym rzuca paleczke w publike. nie zgadniecie kogo trafia i kto te paleczke zgarnia :) zrezta publika tez szaleje, zwlaszcza przy depowym „hicie” z miss machine – setting fire…
    no wlasnie. zapewne fani „starego dillingera” czyli tego z okresu calculating infinity i okolic, albo koncert olali albo po wyjsciu mogli czuc sie rozczarowani. jeszcze bardziej niz po koncercie z 2005 roku. z CI mozna bylo doslyszec jedynie sugar coates sour i 43% burnt. malo, zdecydowanie za malo. oczywiscie przy promocji najnowszego albumu Ire Works, kontynuujacego kierunek z miss machine, na wysyp numerow z debiutu nie mozna bylo liczyc. przyznam szczerze, ze ja, pomimo iz dla mnie CI to rowniez pomnikowe dzielo, na taki stan rzeczy nie narzekam. bo lubie nowego depa. tak po prostu. rzeczy typu black bubblegum, ktory strasznie spowolnil koncert (dobrze ze unretrofied nie odegrali, choc to przyjemny numer), olewam i jaram sie panasonic youth czy fix your face, akceptujac fakt, ze panowie nie chca stac w miejscu. dopoki nagrywaja takie numery jak baby’s first coffin to jestem na tak. swoja droga- skandaaaaaaaal, jak moglo tego numeru zabraknac?

    reasumujac – jeden z koncertow zycia w kategorii metal. scisla czolowka. to jest wlasnie przyszlosc tego gatunku (no, przynajmniej jesli chodzi o to co jest obecne w mass mediach, bo o high on fire, minsku czy pig destroyerze tez wypadaloby w tym momencie pamietac).

    PIESN DNIA: MESHUGGAH – Rational Gaze

    no i co? miala byc nadzieja, a wyszedl najbardziej zenujacy mecz. jesli przegralismy z chorwacja B (bo tak bylo, choc pilkarze moga twierdzic inaczej), ktora zadnych oczekiwan w zwiazku z tym meczem nie miala, to moze i lepiej, ze zremisowalismy z austria? przynajniej nie bylibysmy swiadkami sromotnej porazki z chorwacja A.

    dlaczego po raz trzeci duza impreza okazuje sie niewypalem? mniejszym niz mundiale w ’06 i ’02, ale jednak niewypalem? przeciez wg liczb wypadlismy nawet gorzej niz na tamtych imprezach – tam byly 3 punkty za jeden zwycieski mecz, teraz zremisowalismy z austria, ktora w rankingu fifa… austriaccy kibice mieli pomysl na petycje, by ich reprezentacje wycofac z mistrzostw by sie nie kompromitowala. moze powinnismy tez na taki pomysl wpasc, zamiast pierdolic trzy po trzy ze moze pokusimy sie nawet o medal.

    bukmacherzy i scolari mieli racje. w sumie kazdy kto nie liczyl sie z nami mial racje. nie ma co zaslaniac sie tym, ze czesi tez odpadli a dzisiaj z turniejem pozegna sie francja lub wlochy. a moze nawet i obie te druzyny. odpadna kosztem Rumunii. RUMUNII.

    ciekawe jakie bysmy baty dostali w tej „grupie smierci”.

    dlaczego rumuni moga, a my nie? lepsi pilkarze? lepsze uwarunkowania? brak pzpn?

    wnioski malo odkrywcze, ale skoro to ostatni wpis w tym temacie to sie powtorze:

    1) boruc powinien dostac virtuti militari
    2) roger za to podwojne obywatelstwo

    pomimo iz roger z chorwatami sie nie wyroznial, to mozna bylo to zrzucic na karb gorszego dnia. jeden slabszy mecz na 3. w porownaniu z reszta drwali to i tak niezly wynik.

    coz, niestety ale takie imprezy pokazuja kto naprawde potrafi grac na swiatowym poziomie. okazuje sie ze poza wymienionymi wyzej panami to wlasciwie nikt, no moze poza smolarkiem, ktory w ej drugiej polowie z chorwacja pozwolil znow uwierzyc w jego mozliwosci. moze poza blaszczykowskim, ktor wierze ze moglby byc stawiany obok rogera i boruca, niestety poprzez karygodny blad leo nie mielismy okazji sie o tym przekonac. moze poza saganowskim, po ktorym nie oczekiwalem wiele, ale jednak pozytywnie mnie zaskoczyl, zwlaszcza wola walki. moze poza lewandowskim, ktory zagral slabiej, ale… stop. cos za duzo tych wyjatkow.

    reszte tej wesolej gromadki mozna podzielic na trzy grupy. ci, ktorzy jeszcze nie graja na swiatowym poziomie, ci ktorzy juz nie graja na swiatowym poziomie i ci ktorzy nigdy nie beda grac na swiatowym poziomie. pogrupujmy wiec tych co najbardziej sie pokazali na tych mistrzostwach

    kokoszka
    piszczek
    zahorski

    krzynowek (do trzech razy sztuka)
    lewandowski (choc cos mnie wstrzymuje przed calkowitym go skresleniem)
    zurawski (face it raz na zawsze: to nie jest czlowiek, ktory moze byc kapitanem; trzeci turniej daje dupy)
    bak (mimo wszystko najlepszy w obronie, co akurat swiadczy o dramatycznym poziomie tej formacji w reprezentacji; czas chyba jednak juz naprawde pozegnac sie z reprezentacja)
    zewlakow (tez starszyzna plemienna, choc wiekszy moze z niego byc pozytek niz z baka)

    wasilewski
    dudka (z zastrzezeniem, ze gra w obronie wychodzi mu minimalnie lepiej niz w pomocy)
    golanski
    murawski
    wawrzyniak
    jop (ten czlowiek to juz w ogole absolutny dramat, pilkarskie zero)
    lobodzinski (choc podobnie jak z lewandowskim – wstrzymalbym sie od skreslenia calkowitego)

    najgorsze w tym wszystkim jest to, ze w kazdym innym kraju wyrzucono by selekcjonera za takie pomylki w powolaniach. tymczasem jesli leo mowi ze lepszych pilkarzy nie ma, to niestety prawdopodobnie ma racje. choc jakze kurwa chcialbym sie mylic.

    niemniej powinny nastapic czystki w kadrze po tym turnieju. duze czystki. czystki totalne.

    gosh, co za bzdury w telewizji ogladam. nigdy wiecej.

    3 dzien opola wiec obejrzalem. i co fajnego? hmmmm, let’s see…

    ich troje? dramat
    stachursky? niby beka, ale w sumie patrz wyzej
    kasia cerekwicka? patrz wyzej
    justyna steczkowska? patrz wyzej
    janusz radek? kurewski wielki dramat
    reszta byla nie dosc ze dramatyczna, to w ogole niezapamietywalna

    piasecki i rewinski obizyli loty niestety.

    wlasciwie to koniec tematu.

    witku, aniu, gratuluje!

    dzis o 20.00 przed telewizory. nadzieja sie tli.

    PIESN DNIA:

    kto by pomyslal, ze jeden z najlepszych polskich ejtisowych numerow powstanie w XXI wieku. i stworza go kolesie ktorzy niedawno uderzali w puchara, a wczesniej chuja kladli. niezbadane sa wyroki Boskie.

    nudzi mi sie, wiec skomentuje pare rzeczy

    1. euro 2008, polska-austria, face the facts:
    a) strzelilismy gola ze spalonego
    b) gdybysmy strzelili druga bramke zamiast grac od pewnego momentu na czas to nie byloby zaloby narodowej

    nie zmienia to faktu, ze sedziowie nie powinni swoimi decyzjami zmieniac przesadzac o wyniku meczu. rzut karny w ostatniej minucie do takich decyzji nalezalo. i po co powtarzano rzut wolny?

    nie lubie spiskowac, ale wciaz mi ta sprawa smierdzi.

    bo po co vastic jeszcze (strzelec feralnego gola) wspomina na lamach gazet, ze analizowal zachowanie boruca podczas rzutow karnych? czyzby wiedzial, ze…

    niby jest nadzieja, niby moze nawet i dobrze sie stalo, bo skoro chorwacja ma zapewnione 1 miejsce w grupie, to wystawi rezerwowy sklad. z kolei austriacy beda bardziej zdeterminowani by wygrac z niemcami, niz jakby juz wiedzieli, ze nie wyjda z grupy. ale to wszystko takie kurewsko matematyczne jest. nie lubie tak.

    poza tym – kim my mamy wygrywac te mecze? euro 2008 znow bolesnie pokazalo – mamy druzyne. polska reprezentacja kolektywem stoi. ale to starcza, by wygrac eliminacje. na mistrzostwa dobrze byloby miec chociaz paru geniuszy i reszte rzemieslnikow. a my mamy paru genialnego boruca, paru dobrych pilkarzy, paru dobrych choc bez formy i drwali, ktorzy psuja cala robote pozostalych. ja doceniam ze dudka biega najwiecej ze wszystkich, ale co z tego, skoro z tego jego biegania nic nie wynika? choc niby to i tak lepsze od jopa, ktoremu nawet nie chcialo sie biegac.

    jak to jest, ze scolari obstawia, ze w cwiercfinale bedzie gral albo z niemcami albo z austria? jak to jest, ze na zagranicznych zakladach polska zajmuje ostatnie miejsce, nawet za austria? gdzie jest ten „czarny kon”, jakim miala byc reprezentacja polski? dlaczego zurawski pierdoli trzecia szanse blysniecia na miedzynarodowej arenie? dlaczego najlepszymi polskimi pilkarzami okazuja sie naturalizowany pare dni temu brazylijczyk i gracz niemieckiej druzyny? w czym lepsi sa rumuni, ktorzy maja szanse wyjsc z tzw grupy smierci. bo nie maja pzpn? bo wiecej u nich lekcji wuefu niz religii? bo przeciez nie uwierze, ze rodza sie u nich lepsi pilkarze. kurwa, w 40milionowym kraju nie rodza sie pilkarze na miare chocby nedveda?!

    mialo byc jak nigdy, wyszlo jak zawsze. nawet jesli lepiej sie, mimo wszystko, zaprezentowalismy niz w 2002 i 2006. z niemcami 2 lata temu wygladalo to jak obrona czestochowy, teraz momentami gralismy jak rowny z rownym. chociaz ej, przez pierwsze pol godziny meczu z austria mialem deja vu. z austria, zajmujaca setne miejsce w rankingu fify.

    niemniej, leo ma zostac. wierze ze w koncu znajdzie na kazda pozycjje po dwoch dobrych pilkarzy, tak jak to sobie wymarzyl. moze przez 2 lata bylo to niewykonalne. ale to w koncu on bal sie pozbyc drwali totalnych pokroju szymkowiaka, odkryl na nowo smolarka, odkryl blaszczykowskiego…. no wlasnie, co z tym blaszczykowskim?

    give leo a chance. moze przemawia przeze mnie kurrapatriotyzm, ale obserwujac gre grekow mialem wrazenie, ze graja oni ten sam archaizm co my pare lat temu.

    poza tym kibicuje portugalii jak zwykle. choc holandia pokazuje tak totalny futbol, ze niesprawiedliwoscia byloby, gdyby juz teraz nie obwolac ich mistrzami europy.

    aha, obejrzalem dwa dni Opola muzycznego. masakra. nigdy nie widzialem tylu absolutnie zerowych piosenek w jednym miejscu. szkoda ze Saluminesia nie wygrala debiutow. mlynarski mial zajebiste piosenki. kasia glinka jest fajowa, don’t ya think so? w kabaretonie brakowalo mi mumio i lowcow b, sympatycznie zaskoczyla neonowka, zazenowal kabaret pod wyrwigroszem i kon polski. zreszta, kabaret polski, no co to kurwa jest. mumio, kiedys Potem, lowcy b i momentami ani mru mru. koniec polskiego fajnego kabaretu.

    PIESN DNIA: SALUMINESIA – Kocham Cię Życie

    mlynarski w wersji indi srindi, elo!

    headup

    7 komentarzy

    przypuszczam ze malo kto to przeczyta. blog pare miechow temu dostal zawalu. obstawialem ze to juz bedzie zgon, wiec to co tu teraz pisze byc moze sa posmiertne podrygi. choc opcja typu powstanie z martwych jest dopuszczalna.

    po co reanimowac trupa? bo brakowalo mi go? szczerze? nie do konca. nawet nie mialem glowy by myslec o nim. ale jakos tak mnie tchnelo, by cos tu skrobnac. bo moze kogos intersuje co tu sie dzieje. czy moze – co u mnie sie dzieje.

    moglbym wpasc w emo monolog, moze nawet przyjebalbym takimi argumentami, ze ktos by uznal ze cos jest na rzeczy. ale nie. po to wlasnie tu pisze, by wlasnie powialo pozytywem. mesydz do swiata. mesydz do samego siebie.

    ja, lukasz kozlowski, nie padne tak szybko.

    proza zycia: pisze np prace magisterska. jeszcze, ale przynajmniej pisze.

    niestety, negatywu i radia nie ma. cos za cos.

    do uslyszenia. that’s for sure

    nie mialem w planach robienia emo-poetycko-zenujacej notki pozegnalnej. nie te czasy, nie te problemy. ale w zwiazku z tym, ze cos tam sie do mnie pisze z zapytaniem gdzie blog i w ogole, odpowiadam: dalszego funkcjonowania bloga na razie nie przewiduje. na razie kombinuje, jak sie podniesc. o dziwo, zwiazku ze studiami brak. jesli chcecie trzymac tak zwane kciuki, to milo mi bardzo.

    poprowadze w sobote w Uchu tribute to seattle party, o czym mozecie przeczytac np na trojmiasto.pl. audycje radiowe i negatyw beda dalej funkcjonowaly. na razie. chhyba.

    elo


    • RSS